bubabar

piątek, 10 lipca 2026

Na tropie podziemnych rzek cz.2 (Nowa Ruda) (2026)

W Nowej Rudzie bywaliśmy nie raz. Czy to specjalnie, aby powłóczyć się uliczkami, bramami albo po hałdach, czy to przelotem wracając z gór i idąc na stację kolejową. Dawnymi czasy również mocno zachęcała do przyjazdu moja ulubiona knajpa "Mozaika", gdzie babcia piekła pierogi na okopconej patelni, a przy stolikach zbierał się kwiat lokalnych dżentelmenów.

Zawsze bardzo mi się podobało to miasteczko i miałam wrażenie, że udało się już odwiedzić wszelakie zakamarki, które mogłyby mnie zainteresować. Jak bardzo byłam w błędzie!! :)

Od pierwszego pobytu zwracały uwagę tamtejsze rzeki, płynące ocembrowanymi wąwozami, o wysokich ścianach z kamienia czy betonu, a nad nimi przerzucone dziesiątki różnokształtnych mostów czy kładek. Może gdzieś na dnie podświadomości wiedziałam, że tam coś jest? Może jakaś dziwna siła mnie tam ciągnęła i motywowała do robienia dziesiątek nadrzecznych zdjęć?



W najśmielszych snach jednak wtedy nie przypuszczałam, że jest tu "druga warstwa mapy". Że idąc "górą" nieświadomie mijamy ciekawe ciągi komunikacyjne, które są zaraz obok, ale poniżej (lub nawet dokładnie pod naszymi stopami). Bo koryta tutejszych rzek częściowo wpływają pod ziemię, w tunele, kolektory, rury. By za chwilę znów się pojawić na powierzchni. I znów zniknąć.

To inny świat - pusty, cichy, nieco zapomniany i rzadko odwiedzany. Wyraźnie mający związek z ludźmi i ich działalnością, ale w sposób totalnie odmienny niż pełne aut i przechodniów ulice albo inne miejsca "użyteczności publicznej". Jedyne miejsce, które mogłabym porównać z podziemnymi rzekami Nowej Rudy - to nasza kąpiel pod autostradą. Co innego, ale nuta tego samego "równoległego" klimatu podobnie się przewijała.

Na forum strażnicyczasu, wyczytałam, że o owych tunelach pisał ponoć kronikarz Joseph Wittig, nazywając go "Potokiem Zmarłych". Według legend był przeklętym miejscem. Podobno wzdłuż tego zapomnianego dziś cieku biegła niegdyś Piekielna Droga, zwana także Szlakiem Umarłych. Czy tą wdzięczną nazwę zawdzięczał opowieściom o zjawach, duchach i upiorach czy np. może dawnymi czasy był zwyczaj zrzucania tu zwłok? Czy może jedno i drugie? ;)

Miejsce na pewno ponure, ale mające też w sobie pewien rodzaj magii. Mrok, chłód, wilgoć i szmer ciurkającej wody. Dziś jest jej niewiele, więc na przechadzkę nie trzeba zabierać woderów - wystarczą nam gumowce. Czy wali tam ściekiem? Moim zdaniem o dziwo nie... Acz może jeden z tuneli w Ludwikowicach tak wysoko postawił poprzeczkę w tej kwestii, że tutaj już problemu nie dostrzegamy? ;)

Do podziemnych części rzeki można się dostać w różny sposób. My wybraliśmy ten najprostszy - po schodach. Na tyłach opuszczonej kamienicy zaczyna się nasza przygoda :)


Początkowo wbijamy w tunel półkolisty, ocembrowany kamieniami o wyglądzie wielkich rudych cegieł.


Wygląda jakby ktoś tu czasem pomieszkiwał albo przynajmniej wykorzystywał przestrzeń w celach biesiadno - imprezowych.


Z czasem sufity stają się bardziej szpiczate.


To mi się niezmiernie właśnie podoba w tych noworudzkich tunelach, że one są co chwile inne - inny przekrój, inny budulec. Bo np. do takiego MRU włazisz i kilometry mijają, a "rura" wciąż taka sama (albo bardzo podobna).

Tam, wysoko nad nami, jest pewnie studzienka uliczna z metalowym deklem.


Dum dum - przejechało nam nad głowami auto. Pewnie mało kto przemierzając tam ulicę pomyśli, że właśnie jakaś dziwna ekipa wędruje tam, gdzie wzrok nie sięga. Ile takich studzienek w życiu mineliśmy, które prowadziły do jakiś ciekawych labiryntów? I nawet nie mieliśmy świadomości potencjału eksploracyjnego. I że jakaś przygoda przeszła nam koło nosa.

Pierwszy wodospad. Mały, ale zawsze cieszy.


Ten korytarz kończy się dwoma rurami. Znam takich zapaleńców, którzy i w takie miejsca wlezą, ale dla nas to już za duży hardkor. Zatem ta część wędrówki dla nas kończy się tutaj. A dalszy tunel swoje tajemnice zachowa już tylko dla siebie.


Wspominałam, że tutejsza woda wydaje się nawet czysta? Jakby zwykły, górski potok, który został uwięziony w betonie..


Kierujemy się w stronę przeciwną. Tam, gdzie przeskakując z tunelu w tunel, na krótką chwilę widzimy światło dzienne.


Tu wali kolejny wodospad. Są tu kamienne schodki, beton, cegła, obrobione kamienie i fragment jakby całkiem naturalnej skały.


Nie na długo nurkujemy w mroku. Tu nawet latarki by nie trzeba.


I myk! Wypluwa nas z kamiennej ściany, nad którą wysoko wysoko wznosi się jakaś opuszczona kamienica.


Ciekawe z ilu domów były tu przebicia? Idziesz do swojej piwnicy - i wychodzisz w plątaninie kanałów?

Tu trafiamy na odcinek najbardziej zaśmiecony. Czego tu nie ma! Walizki, wózki dziecięce, piecowe kafle, jakieś odpady poremontowe - drzwi, kafelki, karnisze, umywalki. Woda raczej tego nie naniosła - wychodzi, że akurat tutaj musi być jakieś miejsce "zrzutu" - dla wszelakich "oszczędnych spryciarzy".


Często z kabakiem ratujemy porzucone maskotki - z opuszczonych domów, ze śmietników, z wraków samochodów. Pierzemy, dezynfekujemy, wyczesujemy, nieraz wymieniamy zgniłe bebechy czy doklejamy oczy. Ale ten misio raczej już nie podlega rekultywacji... "Pierwsze zwłoki na Szlaku Umarłych" - kabaczek jest nieco smutny, że misio musi tu zostać... Acz mina misia sugeruje, że jednak chyba nienajgorzej mu się tu mieszka? Przy tym więc pozostańmy.


Tu też rozpoczyna się odcinek, który zapewne ucieszy każdego miłośnika chaszczowania. Po obu stronach "drogi" wznoszą się wysokie, kamienne ściany, a pośrodku gąszcz. Tu nie dotarli poskramiacze przyrody ze swoimi piłami i kosiarkami - pewnie za stromo im było ;)


No i kolejny tunel! Wyraźnie dłuższy niż poprzednie, bo ze środka wieje sztolniowym chłodem. Co tam nas czeka? :)


Stropy i ściany zrobiono tu z betonowych, podłużnych "belek".


A tu - ot taki podsufitowy mosteczek.


Krajobraz z rurą. Rdza, sople minerałów i wszystko to razem w koronkach pajęczyn.


Za chwilę obudowa robi się znowu kamienna - jak stara piwnica zamkowa...

Potem zaś betonowa...

A niedługo tunel z półkolistego staje się prostokątny! i jak tu nie robić zdjęć prawie co krok??


Boczne odgałęzienie. Tu nie poszliśmy ;)


Główny korytarz znów wychodzi na jasny świat.


Tutaj otaczają nas pionowe ściany jeszcze wyższe niż poprzednio.


Kurde... Tu to by za cholerę nie wylazł!


A wokół jakby dżungla, która pożera postapokaliptyczny świat! Wyraźnie widać, że kiedyś tu byli ludzie. Teraz ich nie ma - jesteśmy tylko my...


Gdzieś tam wysoko, pod niebem, bluszcz porasta ściany kamienic.


I hop! Znowu do dziury!


Początek jest mocno zawalony korzeniami, oponami, kamulcami - na tym kawałku wygląda jak tereny po powodzi. I tu widać, że woda nieraz podnosi się aż po sam sufit! Bo wiszą tam woreczki foliowe czy nawet wbity w szczelinę kubeczek po jogurcie.


Dalej nagle zmienia się podłogowa trasa dla wody - w taką dwupasmówkę ;)


I znów urozmaicenie!


Czego tu nie ma na tych ścianach! Acz wnoszę zażalenie - brakuje fragmentów wykładanych granitową kostką! No i trylinki też nie ma... ;)


Ciekawa pajęczyna.


Gdzieś na trasie. Podświetlamy sobie korytarze na różne sposoby.


I znów nad nami dekiel studzienki.


Pojawiają się rury w stropie.


Jedna skubana jest bardzo nisko - a trzeba pod nią przepełznąć...


I tak niewielkim otworem wychodzimy na nadrzeczny gzymskik. W wąwóz tej rzeki, którą wielokrotnie oglądałam z góry, uważając za urokliwą i tajemniczą. Może już wtedy próbowała mi coś powiedzieć?? :)


Teoretycznie można by tu zakończyć wycieczkę i jakoś próbować wyjść - przebić się do tego równoległego świata normalnych ludzi ;) Tylko trzeba by się powspinać - co w gumiakach nie jest chyba takie proste. Wracamy więc tą samą, podziemno-chaszczową drogą.


I okazuje się to być bardzo dobrą decyzją. Bo postanawiamy jeszcze zajrzeć w boczny korytarzyk, który, gdy wcześniej w niego zaglądaliśmy - wydawał się zbyt niski dla spacerowania nim. Początkowo faktycznie trzeba iść zgarbionym (nawet kabak momentami musi się lekko pochylić), ale po chwili strop się podnosi i idzie się całkiem wygodnie.


Pojawia się jednak inny problem natury technicznej - płynący tu potok przebywa duże nachylenie terenu i zbudowano progi. Całkiem wysokie. Za progiem (jak to zwykle bywa na potokach) tworzy się bunior - zagłębienie z większą ilościa wody. Mi udaje się pokonać dwa albo trzy progi. Mając wodery poszłabym dalej, ale tak mam obawy, że mi się do gumiaków naleje od góry. I jak się okazało - obawy nie były całkiem bezpodstawne ;)


Marek poszedł do końca - do miejsca, które nazwaliśmy "za siedmioma progami". I tam jest zamurowana ścianka, w którą włożono metalowy/plastikowy kawałek rury o niewielkim przekroju. Nie wiem czy człowiek by się tam zmieścił. A dalej widać znów jest ceglany tunel.

(zdjęcia zrobione przez Marka)

Dokąd prowadzi? Jakie kryje atrakcje? Gdzie wychodzi? To niestety póki co pozostanie dla nas niewyjaśnioną zagadką. Bo jak mówił Włóczykij z Muminków : "o ile mniej ciekawy byłby świat bez tajemnic"? - LINK w 10:20

A tu znaleziska z koryta podziemnego potoku - podkowa i porcelanowa święta rodzina - taka szopkowa. Fajnie przywieźć pamiątki z wycieczki :)




Spacer ten rozbudził apetyt i odsłonił nowe horyzonty. Pokazał świat, o którego istnieniu nie wiedziałam albo może nawet wiedziałam, ale nie zastanawiałam się nad nim, że nieraz potrafi być tak blisko - na wyciągnięcie ręki. Może więc pod innymi okolicznymi miastami też są podziemne rzeki? Może tam też uda się kiedyś wybrać?

P.S. Jeśli ktoś zna jakieś miasteczko z podobną "dodatkową warstwą" - będę wdzięczna za wszelakie podpowiedzi i sugestie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz