bubabar

wtorek, 6 stycznia 2026

"Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze cz.2 (2025) - Milešovka, Lipski vrch

Jedziemy. Wąska droga wije się polami. Gdzieniegdzie stoją przy niej drzewka owocowe. Zmierzamy teraz na tą wyższą z górek - Milešovkę. To najwyższy szczyt Czeskiego Średniogórza. Istny gigant - ma 836 metrów ;) Ta niższa górka to Ostry. Byliśmy tam 3 lata temu, fajne miejsce z ruinami zamku.


Parkujemy w miejscowości Milešov i suniemy w stronę naszego wzgórza. Mijamy po drodze stary budynek o rosochatym kształcie. Coś jakby dawny dwór? Obecnie wciąż jest zamieszkany.


Fajny taki schodko-ganek, obudowany drewnem.


Ma zegar słoneczny na jednej z zewnętrznych ścian.


Traktor dostosowany klimatem do zabudowań :)


A tu już łąki za wsią. I nasza "ostrzyca" w pełnej krasie.


Widoczna na szczycie budowla, najeżona wszelakimi antenami, to stacja meteorologiczna. Ponoć najstarsza w Czechach i nieprzerwanie działająca od początków XX wieku. Postawiono ją tutaj, ponieważ Milešovka słynie jako najbardziej wietrzne i burzowe miejsce w Czechach - mają więc co badać i mierzyć.


Z podejścia nie mam za dużo zdjęć. Droga była raczej mało widokowa i jeszcze na dodatek bardzo tłoczna. To chyba jedyna "ostrzyca", gdzie zderzyliśmy się z takim upiornym tłumem. Najwyższa góra w tym paśmie, niedziela i ostatni dzień letniej pogody według prognoz - takie kombo to się musiało źle skończyć. Szczególną grupą są biegacze, którzy tą górę traktują jako bieżnię. Kilku było takich, którzy w czasie podejścia minęli nas chyba kilkanaście razy, biegając w górę i w dół. Ciekawe, że dla swojego biegu nie woleli sobie ułożyć trasy przez różne wzgórza? Tylko raz po raz przepychać się przez ten sam tłum roztrącając ludzi na boki i rozdeptując całe tabuny psów...

Juz na górze. Obserwatorium widziane z różnych rzutów.


W połowie baszty widoczny jest balkonik, gdzie można wyjśc jako na wieżę widokową. Żeby tam wejść trzeba zapłacić w automacie i potem paragon podstawić pod czytnik, żeby bramka obrotowa zrobiła "pip" i zamigała światełkami. Masakra... Kabak jednak bardzo chciał wejść na basztę, więc co zrobić - poszłam z nią... Widoki mocno nieszczególne. Bardzo przymglone, a poza tym to jedna z tych gór, która najlepiej wygląda z daleka, więc wejście na nią i tym samym wycięcie jej z widokowego krajobrazu okolic - bardzo szkodzi.


Oprócz wieży, anten i bramek (które robią "pip") jest na tym szczycie również schronisko/knajpa "Chata Milešovka".


Napiliśmy się tam kofoli, kupiliśmy pocztówki i w dół. Można by też coś zjeść, ale trzeba by bardzo długo czekać, a nam szkoda czasu na spędzanie ładnego dnia w takim miejscu, oględnie mówiąc dość średnim.

No i na koniec rzecz, którą najbardziej chciałam tu zobaczyć. Ba! główny powód, który nas tu sprowadził. Transport towarów do schroniska odbywa się za pomocą kolejki linowej. Dalej pakunki są przeładowywane na wagoniki wąskotorówki i po torowisku jadą ku swemu przeznaczeniu. Niestety podczas naszego pobytu nic akurat nie było w ruchu, ale zawsze mnie ogromnie cieszy zobaczyć na własne oczy takowe konstrukcje :)


Zejście jest znacznie przyjemniejsze, spokojniejsze i bardziej puste niż podejście (większość osób została na szczycie, stojąc w kolejce po frytki, lody i ciastka). Możemy więc przyjrzeć się umocnionym kamieniami skarpom - w formie ułożonej przez naturę:


oraz takiej, gdzie chyba ludzie nieco pomagali siłom przyrody ;)


Na koniec jeszcze rzut oka na zamek na skale, w wiosce u podnóża. Obecnie mieści się tam dom spokojnej starości i wnętrza nie są udostępnione do zwiedzania. Ale ci staruszkowie muszą mieć kapitalne widoki z okien!



Jedziemy do wioski Lipa i dalej podążamy wąską drogą pod górę. Parkujemy tam gdzie owa droga się kończy.


Stoi tu niewielka kaplica i okolony kamiennym murem stary cmentarz.


Na widokowym zboczu stoi kilkadziesiąt różnokształtnych nagrobków.


Większość pochodzi jeszcze z czasów, gdy te tereny należały do Niemiec. Pokruszony kamień, porozbijane płyty, wszechobecny mech. Ale też skoszona trawa, kwiaty i znicze. W lustrzanej powierzchni tablic odbijają się targane wiatrem krzaki jeżyn. Czasem pod nogami potoczy się nadgryzione, zdziczałe jabłuszko. Skąd ono się tu wzięło do licha? Rozglądam się niepewnie. Są tu wokól jakieś stare sady, więc musiało je przywiać. Ktoś tu zdecydowanie bywa i dba o to miejsce, ale nienachalnie. Jest porządek, ale jednocześnie wciąż panuje atmosfera pustki i zapomnienia.


Nie wiem czemu, ale lubię patrzeć w oczy ludziom z nagrobków. Jest w tym coś przerażającego i fascynującego zarazem. Jakby chwilowe przeniesienie się w czasy, które mineły. Jakby przeskok w alternatywną rzeczywistość czy świat duchów. Zawsze trochę się boję przyglądać takim zdjęciom, i zawsze to robię, bo nie potrafię się powstrzymać.


Jeden nagrobek szczególnie ściąga wzrok. Chyba to jeden z nowszych. Opisany po czesku. Zawiera wnękę, gdzie umieszczono w ramkach różne fotografie. Z taką formą na cmentarzu spotkałam się po raz pierwszy.


Suniemy dalej. Zagłębiamy się w świetliste, przesiane słońcem zagajniki.


Potem wychodzimy na widokowe łąki, gdzie możemy nacieszyć oczy różnistymi stożkami pokrywającymi horyzont.


Widać między innymi szczyty z zamkami, gdzie mieliśmy okazję wędrować 3 lata temu - Hazmburk, Kostalov, Kostomlaty, Oltarik.


A po prawej stronie już się wyłania wzgórze, na które zmierzamy - Lipski vrch.


Podejście jest typowe dla rejonu - strome, pełne osypujących się spod nóg kamieni i powykręcanych drzew.


Szybko pojawiają się wulkaniczne skałki, o dużym stopniu malowniczego postrzępienia.


Szczyt Lipskiego vrchu też stanowi skałka. Rozległa, dość płaska, więc ochoczo się na niej rozsiadamy.


Nigdzie po drodze nie znaleźliśmy dogodnego miejsca na ognisko, więc obiadokolację zjemy na zimno, ale za to z szerokimi panoramami na wszystkie strony. Mamy cienkie kiełbaski, bułki, żółty ser i ogórki konserwowe w zalewie musztardowej. No i oczywiście termosy z herbatką :) Tłumy oblepiające całe zbocza Milešovki na szczęście pozostały tylko wspomnieniem. Może zostały tam albo w ogóle zniknęły z gór, teleportując się w stronę swoich stałych siedlisk. Niedziela wieczór - piękny czas, kiedy świat znów zaczyna się nadawać do życia. Z takimi pozytywnymi myślami wygrzewamy się w promieniach słońca, a kupry grzeje nam od przeciwnej strony skała - wyprażona solidnie całym, upalnym dniem.


Horyzont jest usiany malowniczymi stożkami. Nie wiem co ja mam z tą miłością do wulkanów! Nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się zobaczyć takie czynne, dymiące i plujące ogniem. Albo jeszcze lepiej - zajrzę do jakiegoś? A póki co - cieszę się sylwetkami tych wygasłych.


Gdzieniegdzie krzaki zaczynają już nabierać jesiennych kolorów.


W dali dymią kominy wielkich elektrowni.


I jeszcze jedna rzecz coraz bardziej ściąga naszą uwagę - dziwna faktura horyzontu w jednym miejscu. Jeszcze przed chwilą było tam widać pagóry i dymiące kominy - a teraz one znikneły, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał je z obrazka. To coś, co się tam pojawiło nie sprawia wrażenia ciemnej burzowej chmury, która przysłania krajobraz. To jakby powoli acz nieubłagalnie postępująca mgła, taka nicość pożerająca coraz większą część kadru. Nie przesuwa się, gdy na nią patrzysz, ale gdy odwrócisz wzrok i spojrzysz potem w tą stronę ponownie - to raz po raz jest tam wszystkiego mniej, a to coś wyraźnie się zbliża. Jest białe, jak większość nieba i takie równe, jednolite i matowe.


Co bardzo mi się podoba w czeskich górach - w wielu miejscach są wpisowniki! I to nie tylko w chatkach czy wiatach, ale również na szczytach. Mimo że nie bardzo rozumiem wpisanych tam elaboratów - i tak miło pooglądać choćby obrazki, naklejki, pieczątki.


W zachodzącym słoneczku już wyraźnie widać skąd nadciąga ZŁO... A nadciąga ono coraz szybciej. Yyyyyyyy... do busia mamy kawałek - mam nadzieję, że zdążymy!


Zjeżdżamy po kamulcach przez powykręcane lasy, a okolice kryje już cień. I chłodny oddech tego czegoś, co nadchodzi.


Zdążyliśmy do busia. Nie dolało nam, nicość nas nie pożarła. Z tej perspektywy nie wygląda to wszystko tak źle! Może nam się zdawało, że coś napełza? Może to tylko trochę chmurek i nasza wybujała wyobraźnia?


Już jest ciemno, gdy ścielimy sobie w busiu i układamy się do snu. Ledwo wnosimy ostatnie krzesełka, układamy torby we właściwych im miejscach i włazimy do busia - uderza powiew wiatru. Aż busiem zakołysało! Jakby walnęła w niego morska fala! Zaraz po wietrze dołącza się deszcz. Początkowo mega ulewa (aż się zastanawiamy czy busio nie zacznie przemakać) a potem opad przechodzi w mżawkę. Jednak mżawka połączona z huraganowym wiatrem powoduje, że każde otwarcie drzwi skutkuje wdmuchnięciem owej mżawki do wewnątrz - i to prawie w każdy zakamarek busiowych wnętrzności. A ja niestety nocą kilka razy wychodzę do kibelka... Zazwyczaj rodzina zarzucała mi jedynie nocne trzaskanie drzwiami i wpuszczanie zimna - dziś dodatkowo jest prysznic.

Pochmurna noc jest ciemna. Ni gwiazd, ni księżyca, ni łuny oświetlenia od pobliskiej wsi. Świeci tylko jakiś pełgający blask na cmentarzu. Jakby żywy ogień! Ognisko tam ktoś rozpalił? Nie ma szans, zaraz by zgasło przy tym deszczu i wichurze. Poza tym chyba nikt tam nie wchodził - byśmy na bank usłyszeli szczęk bramki. Noce w pobliżu cmentarza mają swój smaczek... Gdy wychodzę na nocne kibelki i widzę drgające, dalekie odblaski płomieni pląsające po drzewach i nagrobkach - czuję "magię chwili", czy raczej pewien rodzaj niepokoju...
Najprawdopodobniej widzianym przez nas światłem były umieszczone w grobowcu z szybką i zdjęciami znicze na bateryjki. One tak potrafią "pełgać" a i czas świecenia może być dosyć długi. Ale pewności nie mamy ;)

Poranek wstaje nieszczególny. Co chwilę polewa... Upały się skończyły. Nagły i zdecydowany koniec lata :( Zimno, ciemno i wciąż ten sam huraganowy wiatr. Z wczorajszych 30 stopni nie zostało nawet wspomnienie (no chyba że w leżących na przedniej szybie naszych ubraniach, które obecnie już nie nadają się do nałożenia... Jest chyba grubo poniżej 15 stopni. Cóż zrobić... Wyciagamy ciepłe łachy, ale i tak najchętniej wracamy do busia i zamykamy się w nim. Jak nie wieje to jest do wytrzymania, ale z tym lodowatym wiatrem urywajacym łeb - to już nie bardzo...


Dobrze, że wczoraj przykleiliśmy busiowi nowe naklejki (te 4 czarne). Dziś to jakby nie spłynęły - to by je zduło. Nieprawdaż, że urocze? :)


A z nieco innej beczki - kabak na wyjeździe ćwiczy piosenki do szkolnego chóru - tym razem partyzanckie i takie z Powstania Warszawskiego. Odkrywamy, że sporo z nich idealnie pasuje do dnia dzisiejszego, no... z małymi modyfikacjami ;) Ciągle je więc śpiewamy na cały pyszczek:

"W dzień jesienny i ponury, raz dwa trzy, polskie dzieci idą w góry, raz dwa trzy."

"Deszcz jesienny deszcz, smutne pieśni gra, mokną na nim kabaczyny, busie kryje rdza."

"Jak tu żyć i o czym śnić, wicher nam nie daje żyć."

"W dzień jesienny i rozmiękły pojedziemy do Drevenki."

No właśnie. Odnośnie ostatniego wersu... Praktycznie wszystkie nasze ostrzyce siedzą we mgle. Dziś ma lać cały dzień - od jutra ma być ciut lepiej. Pojedziemy więc dziś do naszego ulubionego "schroniska" w rejonie, a jutro wrócimy do ostrzyc. I dziś poszukamy jakiegoś miejsca na ognisko, które jest zadaszone. Najlepiej więc szukać wśród skalnych okapów i jaskiń.


cdn


sobota, 3 stycznia 2026

"Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze cz.1 (2025) - Borečský vrch

Czeskie Średniogórze to góry przypominające nasze kaczawskie "ostrzyce" - dawne wulkany, których stożkami jest usiany cały krajobraz. Na szczytach bazaltowe organy, postrzępione skałki, gołoborza i ruiny zamków, a w dole wijące się meandry Łaby i dymiące na horyzoncie kominy wielkich elektrowni. Właśnie w takich klimatach przyszło nam wędrować przez tydzień pod koniec września.

Byliśmy już w tym rejonie 3 lata temu, odwiedzając kilka ostrzyc z ruinami zamków na szczytach:
- Hazmburk, Kostalov, Kostomlaty - link do relacji
- Ostry, Oltarik - link do relacji

A teraz przyszedł czas na kolejne szpiczate pagóry :)

Późnym popołudniem docieramy w okolice wioski Boreč. Busia przyczajamy za krzakiem, na poboczu polnej drogi. Tu będziemy spać :)


Tuptamy ku olesionym zboczom wzniesienia zwanego Borečský vrch. Ciepłe promienie zachodzącego słońca malowniczo oświetlają czubki gór i drzew. Wędrujemy skrajem starych sadów. Koniec września. Już krótkie te dni się zrobiły... Trzeba wcześniej wstawać, spieszyć się - albo koniecznie zabierać latarki ;)


Na łące otwiera się szerszy widoczek, między innymi na Milesovkę, gdzie wybieramy się jutro.


Niedaleko szczytu na chwilę przerzedza się las. Możemy podziwiać zestaw różnych "ostrzyc" w barwach zachodu. Tam gdzieś zapewne będziemy wędrować w kolejne dni. Fajnie, że tak jeszcze wszystko mamy przed sobą. Uroki pierwszego dnia :)


Przyjemna tabliczka przyszczytowa.


Ogólnie nie jest to najbardziej widokowa z "ostrzyc". Szczyt, zbocza - praktycznie wszystko jest zarośnięte. Po kiego diabła więc żeśmy się tu zwlekli? Ano bo owa górka ma pewną nietypową własność. Jak przystało na prawdziwy wulkan - ma "wyziewy" ;)

Zaintrygowały mnie znalezione w odmętach internetów opisy:

- "mieszkańcy od dawien dawna zauważyli, że w miesiącach zimowych, w mroźne i słoneczne dni, ze wzgórza unosi się para, której pochodzenia nie potrafili wyjaśnić. Obawiali się, że to trujące gazy wulkaniczne i woleli unikać tego miejsca".
- "ten szczyt to naturalny akumulator energii cieplnej, z systemem mikrowyziewów, tworzonych przez przepływ wilgotnego, ciepłego powietrza, skomplikowanym labiryntem szczelin".
- "budująca owo wzgórze skała ma ciekawą strukturę geologiczną - jest poprzecinana całym systemem wewnętrznych szczelin. Zimą wzgórze zasysa zimne powietrze z otoczenia u podnóża, które przepływa przez wspomniane szczeliny, gdzie jest ogrzewane przez otaczającą skałę, a potem wydmuchiwane z powrotem do atmosfery na szczycie wzgórza - już znacznie cieplejsze. Różnica temperatur uchodzącego powietrza w porównaniu z otoczeniem może sięgać nawet 20°C. Z tego powodu występują tu rośliny niespotykane w tych szerokościach geograficznych, a typowe raczej dla terenów egzotycznych, takich jak Irak czy Madagaskar".

Ponoć najlepiej wybrać się tu zimą, wtedy dokładnie widać kłęby pary unoszące się z podziemnych "kominów". Tak, tak! :) To jeden z tych czeskich wulkanów, który naprawdę może "zadymić" jakby nie był całkiem wygasły ;) Tak to ponoć wygląda: FILM

Zimy póki co jeszcze nie ma, jest jesień o iście letnich temperaturach, więc obejrzymy sobie tylko owe tajemnicze szczeliny. Takie wnęki i mini jaskinie znaleźliśmy - czy to to? Dziwnie z niektórych pachniało... hmmm... jakby lakierem??



Za szczytem ścieżka jakby nieco zanikała. Zaczyna się robić ciemnawo. Między drzewami widać ostatnie odblaski zachodzącego słońca.


W oddali sterczy jakiś spory stożek. To chyba Lovoš?


Ciemne sylwetki ostrzyc widziane już z podnóża. Świecą tylko jakieś dwa gospodarstwa i schronisko na Milesovce - poza tym przyjemna ciemność.


Dzień dzisiejszy był wręcz upalny, ostatni taki weekend tego lata - taki na krótkie spodenki, a i na kąpiel by się nadało. Wieczór (który spędzamy wchodząc na górkę) jest równie gorący - klimaty jak w Czarnogórze! Aż nas to trochę dziwi, bo w tych okolicach, zwłaszcza pod koniec września, to nawet po ciepłym dniu wieczory nastają raczej chłodne. Zapadł zmierzch, a my błąkamy się po zboczach pagóra jakby w przedburzowym zaduchu i temperaturze zdającej się oscylować niewiele poniżej 30 stopni. Niebo jednak jest czyste, a i prognozy burz póki co nie przewidują. Gdy tylko wychodzimy z zagajników na łąki u podnóża pagórka - uderza nas chłodne i świeże powietrze. Temperatura nagle leci na łeb na szyje chyba o 10 stopni. Kilka kroków i zaczyna nas telepać, mimo że pośpiesznie naciągamy na siebie różniste łachy. Czy była to zbiorowa halucynacja czy rzeczywiście dosięgły i nas wyziewy Borečskiego vrchu?

Przygotowania do snu. Wieczorne mycie zębów przeradza się w turniej szermierki ;) Kończy się tak jak skończyć się musiało - remisem i dwoma szczoteczkami w piachu, które później ja muszę czyścić ;)


Poranek jest słoneczny i wciąż przyjemnie ciepły. Jedynie nabierające kolorów drzewa przypominają, że to już jednak nie lato.


Niebo jest pełne moich ulubionych chmurek. Moja babcia nazywała je "kwaśne mleko" :)


Suniemy w stronę kolejnych "ostrzyc". Już takich bardziej widokowych, skalistych i bez dziwnych wyziewów.

cdn