bubabar

wtorek, 6 grudnia 2022

Beskidzkie ścieżki cz.5 (2022) - między Krupową a Bystrą.

Kierujemy się w stronę Hali Krupowej.


Im bliżej tym robi się tłoczniej wokół i jakoś tak bardziej nerwowo. Psy ujadają i rzucają się na przypadkowych przechodniów łapami, dzieci drą gęby jakby je ze skóry obdzierali, dorośli wrzeszczą do telefonów albo puszczają sobie muzyczkę z głośników pod pachą. A może myśmy po prostu odwykli?

Samo schronisko zapadło nam w pamięć hmmm... dwojako... Na duży plus - krajobraz. Budynek jest ładnie położony i utopiony w łanach wierzbówki.




Na minus - element ludzki. Zamówiliśmy naleśniki. Ja dostałam na starym talerzu z logo PTTK. Takim z obwódką - były takie ze "Społem", "PKP", "Służba Zdrowia", "GS". I tak wyszło, że ja akurat takie zbieram. Poszłam się więc zapytać czy talerz przypadkiem nie jest na sprzedaż, a nuż mają np. cennik, gdyby fajtłapowaty turysta takowy talerz rozbił. Pytam więc grzecznie o to kolesia za okienkiem trzymając pusty talerz w ręce. A on dostaje wręcz furii: "Chyba cię przegrzało na słońcu! Co za idiotyczny pomysł! To schronisko, a nie targ ze starociami!" Po czym wyrywa mi talerz z ręki (jednocześnie ochlapując mnie śmietaną, która tam została) i mrucząc pod nosem jakieś niecenzuralne obelgi szybko się oddala. Minę ma taką jakby mu zgraja turystów właśnie nasrała do obu butów (czego mu zresztą szczerze życzę). Stojący za mną jakiś gość kiwa głową: "Słaba promocja uczciwości. Ktoś inny, o bardziej złodziejskich zapędach, schowałby szybciutko talerz do plecaka i sie chyłkiem oddalił. Miałby i talerz, i nikt by w niego butów nie wycierał"... To prawda, smutno się robi w takich sytuacjach. A wystarczyło powiedzieć" "Nie, niestety, talerzy nie sprzedajemy, bo są dumą naszego schroniska i też takie kolekcjonujemy". W sumie krótkie "nie" też by obleciało. Ale ten koleś robił wrażenie w ogóle obrażonego na cały świat, że tu jest i że ktoś przyszedł i śmiał się odezwać do jaśnie pana. Cóż - nie mam wyjścia i w schroniskowej łazience muszę zrobić duże pranie. Nie będę chodzić przez tydzień uwalona śmietaną, bo jakiś niezrównoważony emocjonalnie typ wystawia się do ludzi zamiast siedzieć w pokoju bez klamek.

I zaraz mi stają przed oczami przemiłe babeczki z wyciągu na Mosornym. Jak ludzki uśmiech i pozytywne podejście do przybysza czyni miejsce sympatycznym i fajnie wspominanym, nawet gdy wszystkie inne czynniki zdają się temu zaprzeczać. No i na odwrót działa to identycznie tak samo. Bo kogokolwiek w życiu spotkam na swojej drodze - będę mu polecać zostawić pieniążki na wyciąg i bufet z Mosornego, a zakichaną Krupową omijac szerokim łukiem. Najwyżej iść tam zjeść swoje kanapki i wypić swoje piwo wśród wierzbówki. No bo wierzbówka przecież nie jest winna...


Dalej zgiełk milknie. Nie wiem skąd ludzie teleportują się do schroniska, ale raczej nie jest to czerwony szlak. Do wieczora mijamy dosłownie kilka osób.


Widać, że zbliżamy się do Wyspowego!


Na Narożu stoi całkiem porządna wiatka.




Miejsce zwraca uwagę nietypowym wysposażeniem - apteczką i saperką, specjalnie wystawioną tu dla celów kibelkowych.



Dalej był jeszcze pomnik partyzantów, gdzie ktoś wydrapał udział tych radzieckich. Skądinąd ciekawe czy owi radzieccy partyzanci rzeczywiście brali tam udział w walkach? Bo jeśli tak, to taka akcja jest celowym zakłamywaniem historii. No chyba, że nie brali, ale były takie czasy, że musieli ich dopisać? Bo może w latach 60-tych bez podkreślenia "jacy oni byli fajni" nie mógł powstać pomnik? Jeśli to druga wersja - to wydrapanie było całkowicie na miejscu. Takie różne rozkminy nas biorą, bo i dzisiaj często padają słowa, że "dla dobra słusznej sprawy warto kłamać" czy "w trudnych czasach wolność słowa nie jest wskazana". I nie mówią tego dziadki wychowane na komunistycznych ideałach z dawnych lat, ale młodzi ludzie, którzy rośli niby "w wolności i demokracji"...



Droga naturalnie wybetonowa! Ten las sam z siebie zapragnął być nowoczesny! :P


Czasem miniemy jakiś widoczek...


...innym razem przyczepę, która zdaje się nie być dostosowana gabarytami do zbieranego drewna ;)


Szlakowskaz podobnie jak strudzony wędrowiec - czasem lubi się wesprzeć na kiju ;)


Potem schodzimy w stronę Bystrej, do chatki, która wygląda jakby niegdyś była drwalówką, a teraz została przerobiona specjalnie na schron dla turystów podążających czerwonym szlakiem. Przynajmniej z wpisownika można wywnioskować, że przychodzą tu i nocują głównie idący Głównym Szlakiem Beskidzkim - ci od kropki do kropki.



Acz nadal w okolicy chatki jest prowadzona zrywka. Dziś szczęśliwie jest cicho i piły nam nie wyją.



W środku baraczka stoi łóżko piętrowe, piec, stolik - chata niewielka, ale na pełnym wypasie!




Jest też apteczka i łopata - to jakiś motyw przewodni w tych okolicach. Jak się walniesz łopatą w stopę - to wiesz gdzie jest bandaż ;) Ciekawe czy jest więcej takich nowych chatynek, bo bardzo fajna inicjatywa!

A! Jest tu też rękawica mieszkalna. Zamieszkiwała tu mysz z myszątkiem - świadczy o tym pozostawiona korespondencja :)


Za chatką w wąwozie płynie potok. Można więc zażyć kąpieli czy zrobić większe pranie. Korzystamy ochoczo z tych możliwości :) A gdzieś obok osypują się skarpy. Ciekawy widok - nic u góry nie łazi, wiatru brak, a malutkie kamyczki i ziarenka piasku cały czas lecą w dół...


Wieczór oczywiście mija w blasku płomieni, przy grzankach i nalewce.


Rano koło 7 budzą nas turyści. Zaglądają do okienka i jeden teatralnym szeptem mówi do drugiego: "Tam ktoś śpi!" - "Coo???" - drugi nie dosłyszał. "Tam ktoś śpi!" - "Cooo????" A potem przewracają ławkę, a w czasie jej podnoszenia przydzwaniają plecakiem w okno, po czym decydują się iść dalej. Później przyjeżdżają traktory po drewno, ale jest koło 9 więc i tak warto już wstać.



Śniadanie na przyzbie, dosuszanie świeżo wypranych betów i można tuptać dalej w dół, szukając kolejnych atrakcji i przygód :)



cdn

Beskidzkie ścieżki cz.4 (2022) - Polica i okolica

Mijamy tereny festiwalu "Skowronkowy Jarzmin".


Dopiero się rozkładają, bo impreza zacznie się za kilka dni.



Gadamy z jednym kolesiem, który bardzo nas namawia, aby trochę im pomóc przy przygotowaniach, a potem zostać na imprezie. Niestety nie mamy nieograniczonego czasu, wiec musimy tuptac dalej. Jakbyśmy mieli wolne do jesieni - to na bank nie trzeba by nas długo zanęcać!

Schodzimy do Zawoi, a raczej gdzieś w rejony jej oddalonego przysiółka zwanego Czatoża. Początek miejscowości charakteryzuje się bardzo miłą dla oka zabudową.







Nie wiem co to za rodzaj szopy, ale pod spodem przepływa potok.


Zawoja jest pełna kolonistów. Spotykamy ich na każdym kroku. Zwykle są oznakowani czapeczkami, chustami czy jakimiś przypinkami - pewnie żeby się nie pomieszali.


Dla niektórych grup atrakcją dnia jest pójść do sklepu po energetyki, ciastka i czipsy. Cóż za wspaniały program! Jednocześnie 3/4 uczestników kolonii wygląda tak, że o ciastku nawet pomyśleć nie powinna... Potem plan dnia zakłada "przeczekiwanie upału w ośrodku". Nie wpadło nikomu do głowy, że w słoneczny letni dzień można by zabrać dzieciaki na basen albo nad potok?? Poza tym jakie przeczekiwanie upału? Telebim przy szosie mówił o 27 stopniach! Ja pierdziele - i ich rodzice za to płacą? Obozy nietematyczne to zawsze jest jakaś masakra i wycie z nudów do księżyca. Zresztą za moich czasów było podobnie. Widzieliśmy też jakiś obóz karate - tam przynajmniej tłum dzieciaków ćwiczył na łące.

Potem czeka nas podejście na Mosorny Groń. Fajne, pachnące, świerkowe lasy - tylko czemu tak tu stromo??? ;)



Na szczycie jest wieża widokowa, wyciąg i trochę ludzi się kręci. W weekendy to tutaj musi być masakra.


Atmosfera na pierwszy rzut oka wydaje się być (oględnie mówiąc) średnia, ale mają piwo i szarlotkę, więc korzystamy i na chwilę przysiadamy na ławeczce.


Jedna z babek sprzedających pyta mnie czy Skowronkowy Jarzmin już się rozkłada i czy był Bartek. Jasnowidz? Skąd ona wie, że my właśnie stamtąd idziemy??

Co zwraca uwagę w tym miejscu - bardzo miła, sympatyczna obsługa w bufecie przy górnej stacji wyciągu. Chętni zarówno do pogadania jak i pomocy np. gdy widzą, że się próbuję zabrać z dwoma szarlotkami i dwoma piwami, zaraz oferują swoją pomoc, pytają w jakie miejsce zanieść talerze itp. Smutnym kontrastem jest to w stosunku do dwóch odwiedzonych później schronisk PTTK (Hala Krupowa, Luboń Wielki). Obiektów starych, drewnianych, bardzo ładnych i klimatycznych architektonicznie, ładnie położonych. A obsługa taka, że bez kija nie podchodź, turysta traktowany jest jak intruz, z wywracaniem oczami, fochami i chamskimi komentarzami.

Poziom fochów jednak podtrzymują w tym miejscu turyści. Jakaś rodzinka oburzona jest wiatrem na górnym balkoniku wieży. Że na dole nie było ostrzeżenia, że na górze wieje! A to naraża ich na niebezpieczeństwo złapania kataru! Nie było nawet sugestii, aby zabrać ze sobą bluzy! Chwilę poźniej włazi tu zła jak osa dziewczyna, która wydziera sie na chłopaka - że tutaj w tej Zawoi jest mało atrakcji i ona się nudzi. Widoki z wieży są słabe, a wyciąg był krótki, a w ogóle wszędzie jest las zamiast coś ciekawego. Chłopak ma minę zbitego psa i próbuje się tłumaczyć, opowiadać o pięknie Babiej Góry (zamiast brać nogi za pas póki jeszcze czas...)

Wieża i widoki z niej. Nie są takie złe, acz fakt, że d... nie urywa ;)





Tuptamy w stronę Policy przez korzeniaste lasy.



i kamieniste drogi...


Czasem nawet jakaś skałka się trafi.


Na Policy jest skrzydło z rozbitego samolotu. Widać świerki też są niebezpieczne, nie tylko brzozy.


Tereny obfitują tu w suche drzewa obrośnięte malowniczo porostami. Nie brakuje też suchcieli powywracanych we wszelakich płaszczyznach i rozcapierzonych korzeni.







Dzisiejszy nocleg wypada nam w chatynce wśród jagodowisk i kamienistych zboczy.






Świat widziany przez porosty.



Uroki pobliskiego źródełka. Znaleźliśmy je wyłącznie na słuch i odgłos bulgania. Bo raczej byśmy nie wypatrzyli oczami!


Siedzimy na werandzie i gapimy się w dal. W tą bliższą, którą szybko zamyka sylwetka Babiej Góry i tą dalszą, gdzie wśród plaskatych równin w mocnym zamgleniu próbują się ukazac Tatry. I takie mamy poczucie, że nic nam więcej nie trzeba. Dziś już nie trzeba mielić nogami i zadyszać się na podejściach. Wieczór jest w miarę ciepły i pogodny. Nie musimy myśleć o przyziemnych rzeczach, bo wszystko co do życia jest potrzebne - mamy pod ręką. Żarcie, picie, dach na głową. Gapimy się więc w dal i się zawieszamy. Zagapiamy się na okoliczne pagóry i szybujemy gdzieś aż hen! na słowackie przestworza rozmywające się w błękitach.




I wreszcie są maliny!!!


We wnętrzach chaty nie widać śladów po piecu czy kominie. Są tylko dwa łóżka i stolik.


A kawałek w zaroślach za chatką leży fragment czegoś, co wygląda, że pełniło kiedyś fukcje grzewcze. Musiało więc chyba pochodzić z chatki? Bo po kiego diabła ktoś by to tutaj wnosił?


Układamy się do snu wśród grania świeszczy, hukania nocnych ptaków i chrobotu czegoś w ścianach.



Nie jesteśmy tu sami. W chatce zdecydowanie coś mieszka (są kupy), a w nocy słychać tumulty strychu. Jakaś kuna widmo, bo mimo chęci i podejmowanych prób nie udało się jej zobaczyć.

Rano budzą nas nawoływania jagodziarzy, którzy jakoś szczególnie upodobali sobie to zbocze. Kilka razy zagląda do chaty jakaś fioletowa i bardzo zadowolona z siebie gęba z drapakiem w dłoni. Zawsze miło się wita i ciekawie rozgląda po chatce, jakby ją widział pierwszy raz. Co nas akurat bardzo dziwi, bo myśleliśmy, że kto jak kto, ale oni to chyba dobrze znają swoje areały łowieckie.

Jeszcze śniadanko z widokiem przez okno - i w drogę!





cdn