Gdy znów nadchodzi czerwiec, a przed nami 3 tygodnie wolnego, podobnie jak rok temu, obieramy kierunek na Estonie. Urzekł nas ten kraj wiecznego dnia, gdzie latarki zabieramy tylko z myślą o zwiedzaniu bunkrów i podziemi. Teren pełen klimatycznych biwakowisk, otwartych chatek, bagiennych jezior i poradzieckich ruin. Pewnie wrócimy tam jeszcze niejeden raz. Jako że pospiech jest tym, czego nie lubimy najbardziej, droga do Estonii zajmie nam pewnie koło tygodnia. Sam przejazd przez Polske to pewnie bedzie 2-3 dni, wiec staramy sie obczaić po drodze conieco do pozwiedzania, a i jakies miłe miejsca, aby wieczorem zasiąść przy ognichu.
Pierwszy nocleg tegorocznej wyprawy w północne kraje, jako że piątkowy, to wypada niedaleko - jakos w rejonie Kalisza. Nad Prosną, wśród pól, znajdujemy miłą trawiastą zatoczkę położoną przy zakolu rzeki. Jest stroma skarpa, jest mini plaża z piachu o barwie błotnistej, w którym kabaczę już w 5 minut daje rade sie utytłać od stóp do głow. A myślalam, ze pierwszego biwaku nie bede zaczynac od prania ;)
Roślinność jest tu strasznie bujna, zejscie z drogi skutkuje zapadnięciem sie w chaszcz po szyje lub wyżej, wiec kazde wyjscie na “grubszy” kibelek powoduje bąble po pokrzywach również w okolicach uszu. Zarośla często gdzieś na swym spodzie kryją bagienko lub inne wodniste rozlewiska.
Początkowo nad rzeką kręci sie jakas obłapiająca sie mocno parka, ale nasze pojawienie sie chyba krzyżuje im plany, bo zaraz sie zmywają, rzucając w naszą stronę nieco nienawistne spojrzenia. Kilkukrotnie juz zauważyłam, że na wszelakie zakochane parki, mające plany plenerowego baraszkowania po krzakach czy wiatach, nic nie działa tak irytująco i odstraszająco - jak taka urocza rodzinka z dzieciaczkiem jak my! Czemu? Nie wiem czy oczyma wyobraźni zaczynają w taki moment widziec swoją przyszłość - a z jakis przyczyn wolą jej nie widziec - czy widziec ją zupelnie inaczej?
Zachód słonca obserwujemy wiec już tylko w składzie trzyosobowym.
Chociaz nie - pomyliłam się. Cały czas towarzyszy nam wędkarz, tkwiący w chaszczu po drugiej stronie rzeki. Facet z siwą brodą, w moro kapeluszu. Na zielonym krzesełku, z wędką na stojaczku i puszką piwa w dłoni. Klasyczny element letniego krajobrazu krain nadwodnych w naszej szerokosci geograficznej. Początkowo wiec nie poświecamy temu zjawisku zbyt duzej uwagi. Jednak im czas bardziej pełznie do przodu, tym bardziej przykuwa wzrok niezmienność obrazka za rzeką. Po kilku godzinach zaczynam sie juz poważnie zastanawiać, czy obserwowany obiekt nie jest jakąś atrapą, jakąś artystyczną konstrukcją wyciętą z plastiku lub kartonu? Rano, gdy wstajemy, strażnik nabrzeża wciąż tkwi na swym posterunku. Czy siedział tam również nieruchomo w nocy? Czy jest prawdziwy czy wypchany? (Kabaczek proponował rzucic kamieniem w omawiany obiekt ;) no nie można odmówić temu pomysłowi sensowności - dużo niewiadomych mogłoby sie szybko wyjaśnić ;) ) Czy może powinniśmy jednak przedostac sie jakoś na drugą stronę rzeki i sprawdzić czy koleś np. nie zasłabł? Rożne myśli chodzą po głowie... Choć po kilkunastu godzinach to chyba i tak już nie miało znaczenia...
Początkowo plan jest dojechac do wieży nad Biebrze. Ale zarówno nasz styl jazdy, jak i mozliwosci busia tego nie umożliwiają. Śpimy wiec w znanym i lubianym miejscu koło Myszyńca.
Biebrze odwiedzamy dnia kolejnego. Obok jest most kolejowy z malowniczymi kratownicami i ścieżką wijącą sie w jego cieniu...
I jeszcze rzut oka na moje ulubione słupy!
Wieża, wiatka, miejsce na kąpiel, ognisko i wyboista droga. Cóż chcieć wiecej! No ale wczoraj bylibyśmy tu juz grubo po zmroku.. Wiec zjawiamy sie tu na obiad i przekąpke! :)
A w ogole to miejsce znalazłam przypadkiem. Siedząc w powrotnym pociągu z tegorocznej Suwalszczyzny, gapiłam sie w deszczowy świat za oknem i nagle migneło mi to… Wiatowe daszki, rozlewiska rzeki. Zbyt krótki moment aby dokładnie przeanalizowac i obejrzec, ale wystarczająco długi - by zapamiętac i postanowic, ze tu trzeba niebawem wrócic!
Na obrzeżach Lipska oceniamy przydatność noclegową opuszczonej stacji benzynowej, która wypada całkiem wysoko! Duzo zadaszen, osłonieta od drogi, między starymi płytami są nawet ślady po ogniskach.
W razie deszczu - obok stoi budyneczek z pustaków.
W dali majaczą bunkry!
Na stacji benzynowej jeszcze nie spałam! Ale póki co godzina jest młoda - wiec suniemy ku Litwie.
Na ostatniej stacji benzynowej przed granicą kłębi się straszny tłum. Okazuje sie, ze sprzedają tam nawet ryby w puszcze, chleb i kabanosy! Kupują głownie Litwini. Albo oni tez mają niehandlowe niedziele, albo u nas jest na tyle taniej?
Sam poczatek wyjazdu to zawsze czas najwiekszej radości, bo jeszcze wszystko przed nami! Gęby sie więc cieszą do przygód, ktore na nas czekają gdzieś w tej sinej dali, ku której zmierza dzielny busio! :)
cdn
bubabar
niedziela, 11 sierpnia 2019
niedziela, 7 lipca 2019
Biwak pod mostem i płonące trzciny
Był sobie most. Na Odrze, niedaleko wsi Grzegorzowice. Całkiem solidny, betonowy most. Ale w 1945 roku Niemcy go wysadzili w powietrze aby Armii Czerwonej nie udało sie po nim przeprawic. I mostu juz nie ma. Tzn. troche jest, ale rzeki sie juz po nim nie przekroczy. Została ruina - kilka betonowych przęseł w części lądowej. Jest tam więc ślepa droga. Dochodzi do nurtów rzeki i tam się kończy. Tzn. nie jest całkiem ślepa bo konczy sie promem. Prom za dnia pływa, a nocą nie. Więc nocą droga jest rzeczywiście ślepa i pusta.
Jest też grupa ludzi, którzy lubią spac w miejscach nietypowych. Włażą ochoczo w różne dziury i rozpadliny i tam śpią. Palą ogniska, piją wino, stawiają swoje auta, namioty i hamaki. Dziwni ludzie + ruiny mostu = udany biwak!!! Taki zestaw miał miejsce w pewien pochmurny kwietniowy dzionek! :)
Przyjechali takowi i osiedlili sie pod filarami mostu, który tworzy tam jakby ogromne dwie wiaty. Więc i ewentualny deszcz ich ogniskom nie straszny!
Wcześniej jeszcze wleźli na góre. Tam gdzie dawny most wyściela bujny kożuch trawy. Stworzenia mniejsze, występujące w ekipe w liczbie sztuk 3, trzeba było windowac za kupry. Na górze zupełnie nie miało sie poczucia bycia na moście. Ot jakby na pagórek wleżć.
Chris postanowił tu zostac. Tzn. nie że na cały wieczór - bo ten spędzał z nami przy ognisku, postanowił postawić namiot na wysokościach.
Inni wklinowali swoje autka gdzieś pomiedzy trawy i nadbrzeżne chaszcze.
Zawisły tez dwa hamaki...
Wieczór mijał pod betonowym łukiem oświetlonym ciepłym światłem płomieni.
Dzieciaki stwierdziły, ze nie bedą palić ogniska z dorosłymi - chca miec swoje własne! Przenieśli wiec płonący patyk pod ściane i na jego bazie zapłonął kolejny stosik.
Nie obyło sie też bez wspinania na drzewa...
...czy bujania w hamakach. Najwiekszą atrakcją było jak hamaki sie zderzały ;)
Nasze obozowisko widziane z oddali...
Poszłam sobie tez na nocny spacer do promu. Żelazne pływadło stało puste, a nurty rzeki cichutko chlupały w jego boczki. Pachniało rybą i wodorostem, a w oddali pełgały latarnie na drugim brzegu Odry.
Oczywiście kolejnego dnia przeprawialiśmy sie owym promem!
Wyjazd był bardzo bogaty w zwiedzane miejsca:
- opuszczone barki - relacja
- ruiny pałacyków - relacja
- leśne powojskowe bazy - relacja
Mijaliśmy tez samochody będące ozdobą lokalnych złomowisk.
Były ciekawe okna dawnych wież ciśnien...
Nieraz horyzont zamykał rząd kominów, wypełniając powietrze znanym i bliskim sercu aromatem.
Aha! A poprzedni nocleg też spędzalismy w fajnym miejscu! Silent, Chris i reszta ekipy zapadli gdzieś w lasy przykolejowe w Kędzierzynie i łapali kleszcze gdzieś wsród piachów i wież ciśnien.
My dotarliśmy wieczorem w okolice Krapkowic. Był plan noclegu na dziwnym płytowisku nad Odrą...
... ale jednak staneło na rybaczych stawkach.
Nie obyło sie bez przygód, np. jeden śpiwór wpadł do jeziora. Tzn. sam tego nie zrobił ;) Z obserwacji wynikało, ze wykulał sie z busia, a pewne małe rączki, które przebywały wtedy w busiu, miały z tym cosik wspólnego.
Oprócz mokrego śpiwora mieliśmy też ognisko.
Zbierając chrust przyniosłam tez kilka trzcinek.
Okazały sie one palić w sposób tak malowniczy, że następną godzine spędzilismy naprzemiennie rwąc trzciny i machając pochodniami.
Czasem odbiór czasu i jego upływu jest jakiś "niestandardowy". Tak było tym razem. Wyjazd niby na 2.5 dnia a odczucia i ilość wrażen jak z tygodnia w terenie. Stąd i taka długa, "poczwórna" relacja... ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)