Suniemy dalej na polnoc. W Morągu mijamy jakiegos swiatowida albo cos w ten desen- z gebami na wszystkie strony
W Markowie szukamy opuszczonych palacykow. Palacyki/dworki sa ale prywatne i uzywane
Kolejna wioska to Kwitajny. Tu tez jest prywatny palac ale fajniejszy. Raz ze mozna do niego dojsc- od strony kosciola i stawow. A dwa ze obok stoi malownicza ruinka.
No i przy zabudowaniach PGRu rogaty ceglany gmach o przeznaczeniu dla mnie nieznanym.
Kosciol tutejszy przeszedl remont w 2014 ale wogole mnie to nie razi. Cegla nie blyszczy sie jak psu jajca, na dachu wiezy gont, gdyby nie tablica to bym nie wpadla na to ze rok temu to polerowali.
Wogole gdybym miala ta wioske scharakteryzowac dwoma slowami to - cegla i stawy. Jednego i drugiego tu nie brakuje.
Na uwage zasluguje przystanek autobusowy- uroczy przytulny domek. Ponoc ostatnimi laty wydaja jakies kosmiczne pieniadze na nowe przystanki w miastach- obiekty ktore nie sa ani ladne, ani funkcjonalne. A tu dwa w jednym - mozna od razu zasiedlic, nawet na czas dluzszy niz oczekiwanie na autobus. I jeszcze obok ktos posadzil kwiatki :)
Na obrzezach wioski leza w trawie jakies dwa nibybunkry o ksztalcie betonowych rur. Jest tez oczywiscie moja ulubiona kostka trylinka, ktora nie opusci nas na tym wyjezdzie. A jakos jest taka regula ze jak gdzies jest trylinka to jest fajnie. Tak samo jak droga plytowa zawsze prowadzi w ciekawe miejsce.
A obok wiaty- jakby komus akurat wypadlo tu nocowac to calkiem przyjazne pod ten cel.
My tymczasem jedziemy do Zielna. Tam tez ma byc dworek. Jest takowy ktory razem z kilkoma stodolami siedzi sobie na uboczu popegieerowskiej wsi.
Do palacyku nie udaje sie wejsc. Szczelnie wyzamykany
Widac ze dobudowki w roznych latach mialy odmienne ksztalty
Kolejny nasz cel to Anglity. Od glownej drogi, takiej paskudnej pelnej tirow i blyszczacych osobowek, o glebokich rowach i pomalowanej ze mozna dostac oczoplasu, odkreca w las gruntowy trakt. I nagle wjezdzamy w inny swiat.
Przez droge biegaja kury, gesi, koty- to normalne. Ale do stad krolikow poki co nie przywyklam.
Mijamy mile skrzyzowanie, domy z ganeczkami w cieniu slonecznikow..
Tutejszy dworek jest opuszczony i sluzy chyba obecnie za magazyn siana. Wokol niego wyjezdzony plac, poorany grubym bieznikiem. Chyba wyscigi traktorow tu urzadzaja ;)
A juz totalnym hitem jest pewna stodola! Budynek ten wygral w roku 1978 w konkursie na najlepiej zmodernizowany obiekt gospodarczy.
W Burdajnach kolejny przystanek- domek, tym razem murowany.
Obok jest sklep gdzie robie zakupy w stylu biblijnym- wode i wino. Sprzedawczyni widzac nietutejsza gebe pyta czy przypadkiem nie przyjechalam w gosci do jakiegos tajemniczego domu w niedalekim przysiolku. Ponoc zasiedlili go jacys dziwni ludzie, ktorych nikt nie zna. Czesto zajezdzaja do nich stada gosci, ktorzy przemykaja przez wies jak duchy. Miejscowi chyba sie ich troche boja a jednoczesnie zzera ich ciekawosc co za jedni. I czy dom kupiony, wydzierzawiony czy zasiedlony na dziko. Mieszkancy tego domu zwykle chodza grupa i miejscowi nie moga zlapac z nimi kontaktu. Sprzedawczyni jest bardzo zmartwiona gdy mowie ze nie mam nic wspolnego z dziwnym domem. I mam troche wrazenie ze nie do konca uwierzyla.. bo na odchodnym rzuca- “do naszej wsi obcy i turysci nie zagladaja- poza nimi…”
W pobliskim Godkowie stoi cerkiew, jakby zywcem przeniesiona z Beskidu Niskiego. Mimowolnie czlowiek zaczyna szukac wzrokiem jakis pagorow, wzniesien, czegokolwiek… jakos ten ksztalt nie komponuje mi sie z plaskatoscia terenu. Budowe chyba skonczyli wczoraj- tak wokolo pachnie swiezym drewnem.
Slonce juz chyli sie ku zachodowi jak mijamy Pieniezno. Toperzowi katem oka udaje sie wypatrzec jakis stary kawalek betonu wynurzajacy sie z gestych krzakow na pagorku. Zawracamy wiec i jedziemy sprawdzic co to za dziwo. Na miejsce prowadzi waska droga ze starego asfaltu. Wokol gesty chaszcz, bujna trawa i jesienna zolc nawloci i wrotyczu. Beton okazuje sie byc starym komunistycznym pomnikiem. Przed nim stoja dwa auta- jedno na polskich, drugie na rosyjskich blachach. Z tego drugiego ciagna sie po ziemi kable, w tle biega jakis gosc z kamera. Podchodze spytac czy moge teraz poogladac sobie pomnik czy lepiej zaczekac bo wleze im w kadr. Spotkani ludzie okazuja sie byc rosyjska ekipa telewizyjna ktora kreci reportaz o starych pomnikach. Ten ponoc stoi tu od lat 70tych i upamietnia miejsce smierci ruskiego generala. Wladze Pieniezna ostatnio postanowily zburzyc pomnik, co spotkalo sie z niezadowoleniem Rosjan. Twierdza ze jest to lamanie jakis umow o miejscach pamieci. Jakos rzeczywiscie ostatnio nastala mania zarowno budowania jak i aktywnego burzenia. Moim zdaniem bez sensu jest niszczenie takich pomnikow. Zawsze to swiadectwa historii. A o historii lepiej pamietac niz ja zacierac. Wchodzi w doroslosc juz pokolenie dla ktorego czasy komuny to taka sama przeszlosc jak Krzyzacy i Kosciuszko… Rozwalajac pomnik nie zmienimy tego co bylo. Jak w tym miejscu przeszkadza to mozna go przeniesc do muzeum (np. takiego jak Grutas Parkas na Litwie). Mozna opatrzec tabliczkami, takimi co ostatnio modne jest ich stawianie jak Polska dluga i szeroka. Po polach, lasach i gorach stawia sie te zwaly plastiku i wypisuje na nich rozne pierdoly. A tu akurat moze by sie taka nadala. Mozna by napisac kim byl kolega Czerniachowski, ile ludzi wymordowal i czemu go w Polsce tak nie lubimy. Albo mozna zostawic obelisk, niech stoi w krzakach, niech menele maja miejsce na wypicie wieczornego browara. Niech stoi az kiedys przyroda sama sie z nim upora. Aktywne niszczenie jest dla mnie najglupsza opcja- podobnie jak skuwanie niemieckich tablic na ziemiach odzyskanych czy rozbieranie łemkowskich cerkwi na chlewiki w Bieszczadach. Ot takie mszczenie sie na przedmiotach za zbrodnie ludzi. Walczyc warto by z zywymi a nie z poleglymi i starym betonem..
Chwile gadam z ekipa filmowa- o pomniku tym oraz innych takowych i ich losach w roznych krajach bylego sajuza i demoludow.. Co dziwne o litewskim muzeum nie slyszeli. Myslalam ze ono jest bardzo znane. Ponoc gdzies na Wegrzech tez jest takie, tylko mnijesze i mniej rozreklamowane.
Dopiero po powrocie do domu poczytalam wiecej o tym miejscu i calej sytuacji. Nie sadzilam ze ten pomnik ukryty w krzakach malego miasteczka na polnocy wzbudzil az takie kontrowersje i stal sie na tyle slawny ze trafil do ogolnopolskich mediow, a chryja zwiazana z jego wrogami i obroncami byla chyba calkiem nieadekwatna do wielkosci problemu.
A jesli chodzi o walke z takimi pomnikami- to duzo bardziej niz zburzenie, zaoranie i udawanie ze sprawy ( i innego ustroju w Polsce) nigdy nie bylo, podobala mi sie akcja z owego Pieniezna sprzed kilku lat. Obok pomnika ktos postawil konstrukcje przedstawiajaca czerwona swinie duzych rozmiarow. Fajnie ze ktos mial nietuzinkowy pomysl i chcialo mu sie wprowadzic go w zycie:
(zdjecie nie moje- znalezione w necie- na stronie z linka ponizej)
https://www.google.pl/search?q=pieniezno+pomnik&client=firefox-a&rls=org.mozilla:en-US:official&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ved=0CB8QsARqFQoTCJKk4MHWrsgCFSONcgodcg8A-w&biw=1280&bih=851#imgrc=9Hb2aHK8OCpJiM%3A
Szkoda ze prosiaka juz nie ma- to by dopiero byla atrakcja turystyczna :)
Opuszczamy Pieniezno ale klimaty spod znaku czerwonej gwiazdy caly czas sie ciagna za nami. Na obrzezach Braniewa kolejny akcent czasow minionych- poradziecki cmentarz. Miesci sie w ogromnym parku. Zapada zmrok. Teren jest pusty a cisza jakos niepokojaco dzwoni w uszach. Gdzies w oddali turkoce traktor. Ale to za plotem, za gestymi krzewami i trawa zasypana gruba warstwa mirabelek. To daleko, to tak jakby gdzies w innym swiecie. Jestesmy tu sami (chyba?) ale mam mocne poczucie wbicia we mnie dziesiatek oczu.. Zmierzch to chyba zly czas na odwiedzanie cmentarzy…
Ale jakze to miejsce jest inne od poprzedniego. Cmentarz jest bardzo zadbany, az do przesady odmalowany i odnowiony. Wybielone swieza farba geby gierojow ze zdziwieniem patrza w niebo albo na skodusie ktora jezdzi w kolko wokol nich.
Przed pomnikami leza ogromne wience, naszpikowane symbolami, zarowno dawnymi jak i calkiem wspolczesnymi. Zapewne przyciagneli je ludzie zza wschodniej granicy i wali w oczy to ze wsadzili w to naprawde gruba kase. Calosc pachnie nie tyle pamiatka historyczna i oddawaniem czci poleglym co wspolczesnym kultem i ostentacją..
A co jest najciekawsze- to zestawienie tych dwoch miejsc przez nas dzisiaj odwiedzonych. W jednym miejscu razi kawalek zapomnainego pokruszonego betonu stojacy miedzy krzakami i trzeba go usunac, a w drugim jest akceptacja na demonstracje, pokazówke i remonty na blysk? I juz jest dobrze? Juz nikogo nie kole w oczy?
Pieniezno i Braniewo dzieli 30 km…
Na nocleg zajezdzamy na kemping we Fromborku. Troche sie obawialam ze jak takie bardzo turystyczne miasteczko to i noclegownia bedzie utrzymana w niefajnych klimatach. A tu niespodzianka! Baza jest polozona poza miastem, naprzeciw jakis fabryczek majacych cos wspolnego ze szklem. Domki zarasta bluszcz, wnetrza pachna starym drewnem, krzesla sa z korzeni.
Oprocz nas goszcza tu dzis jeszcze robotnicy budowlani. Imprezuja na ganeczku. Na stole dwie reklamowki- z jednej wysypuja sie pęta kielbas, z drugiej puszki kasztelana w ilosci duzo. Na bogato- chleba sie tu nie jada.. ;)
cdn
bubabar
środa, 7 października 2015
poniedziałek, 5 października 2015
Trylinka i mirabelki czyli polska daleka północ (2015) - cz.1
Nadszedl wrzesien a z nim czas dluzszych wyjazdow. Poczatkowo planowalismy srodkowa Ukraine ale nie ogarnelismy sie na czas z paszportem dla kabaczka. Pozostala wiec Polska… Warto by sie sie wybrac w rejon nam nieznany i trudnoosiagalny w weekendy, nawet te przedluzone. Padlo wiec na daleka polnoc. Ta polnoc gdzie nie ma morza i jezior. Mowiono nam ze to drugi Dolny Slask… Ze to kraina zruinowanych palacykow, kosciolkow, nieasfaltowych drog i popegieerowskich wsi. Zabrzmialo jak teren ktory koniecznie trzeba odwiedzic.
Za Bierutowem mijamy fajna pracownie artystyczna. Nabywamy tam wilkinowego pajaka w rozmiarze XXXL i kota hustajacego sie na ogonie jak małpa. Caly przybytek pachnie lawenda bo nia sa faszerowane aniolki produkowane hurtowo. Facet plecie, babka szyje i maluje.
Wiec juz w pierwszy dzien do zapakowanej po dach skodusi przybywa dwoch nowych lokatorow, ktorym musimy zapewnic wygodna podroz :)
Ktorys z postojow wypada nam na piaszczystej wygrzanej drodze wsrod brzowo-sosnowych lasow. Sa czasem takie miejsca w ktorych niby nic nie ma szczegolnego a jakos czasoprzestrzen sprawia ze zapadaja gleboko w pamiec. Wystawiamy wiec pyski do slonca, wyciagamy sie na pachnacym igliwiu, karmimy kabaka i gapimy sie w szumiace czuby sosen za ktorymi plyna chmury…
Dla kazdego cos milego… ;)
Kilka slow o piwie Braniewo. Nabylismy go kolo Sycowa, jako ze tak nazywa sie jedno z polnocnych miasteczek do ktorego zmierzamy. Nigdy wczesniej sie z nim nie spotkalam. Uznalam to za znak. Napoj niestety nie ma nic wspolnego z dobrym piwem wiec po kilku łykach zawartosc butelki zapodajemy mrowkom wedrujacym przez droge. Mrowki widac sa znawcami dobrych trunkow bo przed Braniewem spierdzielaja w poplochu.. Dzis ciagle mijamy wesela- jakis dobry weekend chyba. Non stop grzezniemy w korkach powiewajacych balonikami. W rejonie jest moda zeby w orszaku jechaly przynajmniej trzy ciagniki tirow i zapodawaly klaksonami. Rozwazam wsadzenie w uszy stoperow ;) W Kole rzuca sie w oczy stary pomnik. Co ciekawe symbol na cokole zostal chyba utworzony z prawdziwych narzedzi. Wspinam sie na podstument. Sierp jest zdecydowanie tępy, do koszenia trawy czy zboza by sie nie nadal
Planowalismy nocowac w Wagancu. Urzekla mnie informacja w opisie noclegowni o utylizacji azbestu i wiatrowce na stanie. http://meteor-turystyka.pl/widok-waganiec,waganiec.html Niestety nie bylo juz wolnych miejsc na dzisiaj.. ale nie odpuszcze tego miejsca :P Ostatecznie spimy w Skępym na kempingu. Tu tez jest wesele, wszedzie wisza serduszka, przechadzaja sie ludzie wbici w jakies eleganckie fatalaszki a knajpa nad jeziorem łupie muzyka. Nam przypada domek w cichej i ciemnej czesci obiektu. Ide szukac kibla. Ponoc ma byc gdzies za boiskiem. Sune przez wygaszony teren, z mroku czasem wylania sie zarys domku lub drzewa. Przed jednym z domkow siedzi zakochana para. Przyprawiam ich prawie o zawal wylaniajac sie zza drzew. Podskakuja chyba metr do gory a kwik przerazenia niesie sie po lesie. Ostrzegaja mnie aby idac do kibla nie potknac sie o przewrocona bramke. W koncu udaje sie ominac przeszkody i odnalezc wlasciwy budynek. Jego wnetrze cieszy oczy- drewniane kabiny, zelazne umywalki i krany z gatunku tych co lubie najbardziej :)
Otwieram drzwi do kibla a zza nich wypadaja zwloki. Chlopak w garniturze wali lbem w posadzke. Teraz to ja malo nie zeszlam na serce. To jeden z weselnikow. Uderzenie go lekko otrzezwia. Twierdzi ze zabladzil. Dopytuje jak wrocic na sale bankietowa. Trzymajac sie za glowe, chwiejnym krokiem oddala sie w mrok. Nie wiem jakim cudem ale nie potyka sie o przewrocona bramke. Wypity ma zawsze szczescie! ;) Noc nie jest zbyt ciepla. Wogole bywaly cieplejsze te wrzesnie… Dzis inauguracja czerwonego kokonu. Pierwsza kabaczkowa noc we wlasnym spiworze :) Kokon sie sprawdzil- kabak cala noc jest cieplutki jak bułeczka!
Mamy juz sie klasc spac gdy rozlega sie kanonada strzalow. Hmmm.. nigdy nie wiem czy w takich momentach nalezy wylezc przed domek czy moze raczej zgasic swiatlo i polozyc sie na podlodze? ;) Tym razem zwycieza ciekawosc i tym razem jest to dobry wybor- weselnicy zapodaja fajerwerki!!!
Rano spotykam w kiblu dziewczyne. Zamyka sie w kabinie i pali papierosa. Wyglada to dosyc absurdalnie gdy wokol las, łaki i luzno rozsiane domki.. Moze to przyzwyczajenie z pracy lub pociagu? albo ukrywa sie z tym procederem przed mama lub chlopakiem? A moze wciaganie dymka bawi ja tylko wtedy gdy jest polaczone z odpowiednim aromatem? Dzis zajezdzamy do Ostrody do rodziny toperza. Osiedlamy sie w klimatycznym domku, gdzie toperz jako dziecko spedzal wakacje u babci. Domek okala ogromny ogrod i sad.
Otoczenie gestwiny roslin sprawia ze czlowiek zupelnie nie ma poczucia ze kilkadziesiat metrow dalej jest ruchliwe miasto, rondo, orlen i tesco. Jakby enklawa innego swiata, jakby wsrod szumiacych nawloci zatrzymal sie czas.. Urok dawnych lat poteguja rozne sprzety domu i garazu- ja np. jestem zachwycona ogromnym plaskatym kranem nad wanna!
Sporo czasu schodzi nam na roznych ogrodowych pracach.
Glownie jest to zbieranie owocow- obrodzily gruszki, jabłka, winogrona, pigwy i moje ukochane mirabelki! Nie wiem czemu akurat ten owoc daze taka sympatia. A tak rzadko mam okazje je jesc. Ciezko je dostac w sprzedazy a rosnace dziko na osiedlach drzewka sa systematycznie, namolnie i z uporem karczowane do ziemi.. Objadam sie wiec teraz zolto-pomaranczowymi kulkami jak bączek.
Owocow wogole jest wokol tyle ze brakuje pomyslow, czasu i sil aby to wszystko przerobic. Ja np. robie dwa sloje ratafii.
Po spirytus na ratafie ide do biedronki. Ochroniarz nie chce mnie wpuscic do sklepu bo nie mam koszyka. Nie ma koszykow do reki, sa tylko wozki giganty przed sklepem. I wszystkie zwiazane lancuchem ktorego nie da sie rozbroic bez dwuzlotowki. Nie wzielam zadnych monet tylko grubsza kase na zakupy. Wracam do sklepu. Ochroniarz bez koszyka mnie nie wpusci na hale. Ani on ani kasjerka nie chca pozyczyc mi 2zl na 5 minut. Pytam kasjerke czy moze mi rozmienic stówe zebym miala ta nieszczesna dwojke. Ponoc nie wolno im rozmieniac pieniedzy jak klient nic nie kupi. Ale klient chce kupic, ale do tego musi wejsc na sklep!!! Sytuacja zaczyna zawiewac totalnym absurdem- masz kase, masz sklep a nie mozesz zrobic zakupow. Jak jakis chory sen. Wylaze przed sklep. Szarpie za wozki, a nuz ktorys jest zle wpiety? No bo co? mam wracac do domu po dwa zlote? Latac po sasiednich marketach kupowac cos czego mi nie trzeba zeby rozmienic pieniadze? Gdy mocuje sie z wozkami podchodzi żul. Jeszcze tego mi trzeba… Zaczyna klasycznie “kierowniczko, czy moge o cos zapytac?”. Mowie mu ze absolutnie nie, bo jestem wkur#$%^&@ i opowiadam cala historie.. On bez slowa wyjmuje 2 zl i mi daje. Mowie mu zeby poczekal 10 minut to mu oddam. Ba! zgrzewke browara mu kupie. Koles twierdzi ze nie trzeba. “Mnie tez nieraz ludzie pomogli”. Zyczy milego dnia. Gdy wychodze ze sklepu juz go nie ma… Taki obrazek.. Taka migawka z zycia. Piekna i straszna zarazem… Odwiedzamy tez Gietrzwald, w ktorym jest sanktuarium w miejscu objawien z dalekiej przeszlosci. Jest tez fajne cudowne zrodelko. W sklepie z pamiatkami udaje mi sie zakupic obrazek lokalnej Matki Boskiej. Bedzie do kolekcji mojej babci!
Mozna w rejonie znalezc odcinki fajnych drog!
Silnik skodusi zaczyna coraz bardziej przypominac dzwieki wydawane przez stare ursusy kiedy wjezdzaja pod gorke. Toperz stwierdza ze prawdopodobnie jest to pasek rozrzadu ktory na szczescie w skodusiach jest lancuchem. Mily dla ucha dzwiek rokuje ze lancuch moze sie niedlugo urwac a to ponoc jest bardzo niedobre bo moze caly silnik rozwalic. Juz raz skodusie zbieralismy z drogi - drugi raz nam nie trzeba. Jedziemy wiec na peryferia miasta gdzie krajobraz wskazuje ze jest szansa odnalezienia mechanikow. Wokol mnostwo pawilonow, barakow i bud. Wszedzie kostka trylinka zasypana mirabelkami. Jakis zlom, falista blacha. Cale lany wrotycza i nawloci. Tu napewno nam naprawia skodusie!
Na jednym z budynkow wisi ogromna mapa z gietego drutu. Ciezko odczytac napis bo chyba byl zmieniany.
Znalezieni mechanicy tez sa bardzo sympatyczni. Dwoch zaczyna sie od razu spierac czy skodusia ma szanse dojechac na Kaukaz i co sie w niej wtedy zepsuje. Trzeci zachwyca sie kabakiem i opowiada ciekawostki z zycia swoich czworga dzieci. Czas mija wiec milo. Skodusia bedzie gotowa na jutro. Dzien wiec spedzamy na pieszych wycieczkach po okolicy, wybierajac rozne drogi.
Odwiedzamy pobliskie jezioro i piaszczysta wydme. Dawniej byl tam poligon i toperz pamieta jak przed laty stal tam wrak pojazdu pancernego. Niestety juz go tam nie ma… Charakterystyczny slad
W Ostrodzie zachowal sie pomnik z dawnych lat. Jego podstument jest miejscem spotkan lokalnej mlodziezy, ktora lubi spozywac tu piwo.
Jakos pomniki o tej tematyce beda nam towarzyszyc podczas calej wycieczki ;) Nie sadzilam ze w tym rejonie Polski jest ich takie nagromadzenie! Na cmentarzu spotykamy tez oddech nowoczesnosci - zniczomat! rozumiem ze sciana wypluwa kase, bilety, coca- cole - ale znicze w takiej formie widze pierwszy raz!
cdn
Ktorys z postojow wypada nam na piaszczystej wygrzanej drodze wsrod brzowo-sosnowych lasow. Sa czasem takie miejsca w ktorych niby nic nie ma szczegolnego a jakos czasoprzestrzen sprawia ze zapadaja gleboko w pamiec. Wystawiamy wiec pyski do slonca, wyciagamy sie na pachnacym igliwiu, karmimy kabaka i gapimy sie w szumiace czuby sosen za ktorymi plyna chmury…
Dla kazdego cos milego… ;)
Kilka slow o piwie Braniewo. Nabylismy go kolo Sycowa, jako ze tak nazywa sie jedno z polnocnych miasteczek do ktorego zmierzamy. Nigdy wczesniej sie z nim nie spotkalam. Uznalam to za znak. Napoj niestety nie ma nic wspolnego z dobrym piwem wiec po kilku łykach zawartosc butelki zapodajemy mrowkom wedrujacym przez droge. Mrowki widac sa znawcami dobrych trunkow bo przed Braniewem spierdzielaja w poplochu.. Dzis ciagle mijamy wesela- jakis dobry weekend chyba. Non stop grzezniemy w korkach powiewajacych balonikami. W rejonie jest moda zeby w orszaku jechaly przynajmniej trzy ciagniki tirow i zapodawaly klaksonami. Rozwazam wsadzenie w uszy stoperow ;) W Kole rzuca sie w oczy stary pomnik. Co ciekawe symbol na cokole zostal chyba utworzony z prawdziwych narzedzi. Wspinam sie na podstument. Sierp jest zdecydowanie tępy, do koszenia trawy czy zboza by sie nie nadal
Planowalismy nocowac w Wagancu. Urzekla mnie informacja w opisie noclegowni o utylizacji azbestu i wiatrowce na stanie. http://meteor-turystyka.pl/widok-waganiec,waganiec.html Niestety nie bylo juz wolnych miejsc na dzisiaj.. ale nie odpuszcze tego miejsca :P Ostatecznie spimy w Skępym na kempingu. Tu tez jest wesele, wszedzie wisza serduszka, przechadzaja sie ludzie wbici w jakies eleganckie fatalaszki a knajpa nad jeziorem łupie muzyka. Nam przypada domek w cichej i ciemnej czesci obiektu. Ide szukac kibla. Ponoc ma byc gdzies za boiskiem. Sune przez wygaszony teren, z mroku czasem wylania sie zarys domku lub drzewa. Przed jednym z domkow siedzi zakochana para. Przyprawiam ich prawie o zawal wylaniajac sie zza drzew. Podskakuja chyba metr do gory a kwik przerazenia niesie sie po lesie. Ostrzegaja mnie aby idac do kibla nie potknac sie o przewrocona bramke. W koncu udaje sie ominac przeszkody i odnalezc wlasciwy budynek. Jego wnetrze cieszy oczy- drewniane kabiny, zelazne umywalki i krany z gatunku tych co lubie najbardziej :)
Otwieram drzwi do kibla a zza nich wypadaja zwloki. Chlopak w garniturze wali lbem w posadzke. Teraz to ja malo nie zeszlam na serce. To jeden z weselnikow. Uderzenie go lekko otrzezwia. Twierdzi ze zabladzil. Dopytuje jak wrocic na sale bankietowa. Trzymajac sie za glowe, chwiejnym krokiem oddala sie w mrok. Nie wiem jakim cudem ale nie potyka sie o przewrocona bramke. Wypity ma zawsze szczescie! ;) Noc nie jest zbyt ciepla. Wogole bywaly cieplejsze te wrzesnie… Dzis inauguracja czerwonego kokonu. Pierwsza kabaczkowa noc we wlasnym spiworze :) Kokon sie sprawdzil- kabak cala noc jest cieplutki jak bułeczka!
Mamy juz sie klasc spac gdy rozlega sie kanonada strzalow. Hmmm.. nigdy nie wiem czy w takich momentach nalezy wylezc przed domek czy moze raczej zgasic swiatlo i polozyc sie na podlodze? ;) Tym razem zwycieza ciekawosc i tym razem jest to dobry wybor- weselnicy zapodaja fajerwerki!!!
Rano spotykam w kiblu dziewczyne. Zamyka sie w kabinie i pali papierosa. Wyglada to dosyc absurdalnie gdy wokol las, łaki i luzno rozsiane domki.. Moze to przyzwyczajenie z pracy lub pociagu? albo ukrywa sie z tym procederem przed mama lub chlopakiem? A moze wciaganie dymka bawi ja tylko wtedy gdy jest polaczone z odpowiednim aromatem? Dzis zajezdzamy do Ostrody do rodziny toperza. Osiedlamy sie w klimatycznym domku, gdzie toperz jako dziecko spedzal wakacje u babci. Domek okala ogromny ogrod i sad.
Otoczenie gestwiny roslin sprawia ze czlowiek zupelnie nie ma poczucia ze kilkadziesiat metrow dalej jest ruchliwe miasto, rondo, orlen i tesco. Jakby enklawa innego swiata, jakby wsrod szumiacych nawloci zatrzymal sie czas.. Urok dawnych lat poteguja rozne sprzety domu i garazu- ja np. jestem zachwycona ogromnym plaskatym kranem nad wanna!
Sporo czasu schodzi nam na roznych ogrodowych pracach.
Glownie jest to zbieranie owocow- obrodzily gruszki, jabłka, winogrona, pigwy i moje ukochane mirabelki! Nie wiem czemu akurat ten owoc daze taka sympatia. A tak rzadko mam okazje je jesc. Ciezko je dostac w sprzedazy a rosnace dziko na osiedlach drzewka sa systematycznie, namolnie i z uporem karczowane do ziemi.. Objadam sie wiec teraz zolto-pomaranczowymi kulkami jak bączek.
Owocow wogole jest wokol tyle ze brakuje pomyslow, czasu i sil aby to wszystko przerobic. Ja np. robie dwa sloje ratafii.
Po spirytus na ratafie ide do biedronki. Ochroniarz nie chce mnie wpuscic do sklepu bo nie mam koszyka. Nie ma koszykow do reki, sa tylko wozki giganty przed sklepem. I wszystkie zwiazane lancuchem ktorego nie da sie rozbroic bez dwuzlotowki. Nie wzielam zadnych monet tylko grubsza kase na zakupy. Wracam do sklepu. Ochroniarz bez koszyka mnie nie wpusci na hale. Ani on ani kasjerka nie chca pozyczyc mi 2zl na 5 minut. Pytam kasjerke czy moze mi rozmienic stówe zebym miala ta nieszczesna dwojke. Ponoc nie wolno im rozmieniac pieniedzy jak klient nic nie kupi. Ale klient chce kupic, ale do tego musi wejsc na sklep!!! Sytuacja zaczyna zawiewac totalnym absurdem- masz kase, masz sklep a nie mozesz zrobic zakupow. Jak jakis chory sen. Wylaze przed sklep. Szarpie za wozki, a nuz ktorys jest zle wpiety? No bo co? mam wracac do domu po dwa zlote? Latac po sasiednich marketach kupowac cos czego mi nie trzeba zeby rozmienic pieniadze? Gdy mocuje sie z wozkami podchodzi żul. Jeszcze tego mi trzeba… Zaczyna klasycznie “kierowniczko, czy moge o cos zapytac?”. Mowie mu ze absolutnie nie, bo jestem wkur#$%^&@ i opowiadam cala historie.. On bez slowa wyjmuje 2 zl i mi daje. Mowie mu zeby poczekal 10 minut to mu oddam. Ba! zgrzewke browara mu kupie. Koles twierdzi ze nie trzeba. “Mnie tez nieraz ludzie pomogli”. Zyczy milego dnia. Gdy wychodze ze sklepu juz go nie ma… Taki obrazek.. Taka migawka z zycia. Piekna i straszna zarazem… Odwiedzamy tez Gietrzwald, w ktorym jest sanktuarium w miejscu objawien z dalekiej przeszlosci. Jest tez fajne cudowne zrodelko. W sklepie z pamiatkami udaje mi sie zakupic obrazek lokalnej Matki Boskiej. Bedzie do kolekcji mojej babci!
Mozna w rejonie znalezc odcinki fajnych drog!
Silnik skodusi zaczyna coraz bardziej przypominac dzwieki wydawane przez stare ursusy kiedy wjezdzaja pod gorke. Toperz stwierdza ze prawdopodobnie jest to pasek rozrzadu ktory na szczescie w skodusiach jest lancuchem. Mily dla ucha dzwiek rokuje ze lancuch moze sie niedlugo urwac a to ponoc jest bardzo niedobre bo moze caly silnik rozwalic. Juz raz skodusie zbieralismy z drogi - drugi raz nam nie trzeba. Jedziemy wiec na peryferia miasta gdzie krajobraz wskazuje ze jest szansa odnalezienia mechanikow. Wokol mnostwo pawilonow, barakow i bud. Wszedzie kostka trylinka zasypana mirabelkami. Jakis zlom, falista blacha. Cale lany wrotycza i nawloci. Tu napewno nam naprawia skodusie!
Na jednym z budynkow wisi ogromna mapa z gietego drutu. Ciezko odczytac napis bo chyba byl zmieniany.
Znalezieni mechanicy tez sa bardzo sympatyczni. Dwoch zaczyna sie od razu spierac czy skodusia ma szanse dojechac na Kaukaz i co sie w niej wtedy zepsuje. Trzeci zachwyca sie kabakiem i opowiada ciekawostki z zycia swoich czworga dzieci. Czas mija wiec milo. Skodusia bedzie gotowa na jutro. Dzien wiec spedzamy na pieszych wycieczkach po okolicy, wybierajac rozne drogi.
Odwiedzamy pobliskie jezioro i piaszczysta wydme. Dawniej byl tam poligon i toperz pamieta jak przed laty stal tam wrak pojazdu pancernego. Niestety juz go tam nie ma… Charakterystyczny slad
W Ostrodzie zachowal sie pomnik z dawnych lat. Jego podstument jest miejscem spotkan lokalnej mlodziezy, ktora lubi spozywac tu piwo.
Jakos pomniki o tej tematyce beda nam towarzyszyc podczas calej wycieczki ;) Nie sadzilam ze w tym rejonie Polski jest ich takie nagromadzenie! Na cmentarzu spotykamy tez oddech nowoczesnosci - zniczomat! rozumiem ze sciana wypluwa kase, bilety, coca- cole - ale znicze w takiej formie widze pierwszy raz!
cdn
Subskrybuj:
Posty (Atom)