wtorek, 6 grudnia 2016

Czas nie goni nas cz.39 - Gruzja, na trasie przez Zestaponi, Kaszuri, Borżomi...

Z milych sielskich okolic wjezdzamy na obrzydliwie ruchliwa,przeładowana i nerwowa droge wschod-zachod, łączaca Kutaisi z Tbilisi, gdzie jedzie sie fatalnie.. A moze to my odwyklismy od takich miejsc włóczac sie krętymi, pylistymi traktami gdzie pierwszenstwo zawsze maja koty, kury i prosiaki? Przy drodze tej kwitnie handel, glownie sprzedaja slodkie chlebki pieczone na miejscu
Mozna tez zakupic gotujace sie w wielkich garach kukurydze.
To sie nazywa wolny rynek- chcesz to budujesz z kamieni przy drodze minigrila, rozpalasz ognicho, stawiasz gar i handlujesz! :) U nas wszyscy wyznawcy “europejskosci”- standardow, sterylnosci i porzadku zeszli by na zawał na sama mysl… Wyobrazam sobie takie stoiska np. przy drodze nr 94 Oława- Wrocław- ale by bylo fajnie!!! :D

Gdzies przy tej ruchliwej drodze jest tunel trasy alternatywnej. Wyglada jakby kiedys chcieli tedy puscic nitke glownej szosy ale potem sie plany odmienily. Tunel nie jest dlugi i jest praktycznie skonczony- swobodnie mozna by go pokonac nawet skodusia.
Na nocleg mamy dzis fajny plan (a przynajmniej tak nam sie poki co wydaje ;) ). Glowna droga przebija sie tunelem na wschod. Wjazd do tunelu...
Dawniej, gdy tunelu jeszcze nie bylo, droga wspinala sie na przełecz Rikoti. W lewo odbija zapomniana droga, ktora potem jakby wiaduktem przewala sie na prawa strone. Mozna wiec sie zmylic- bo z mapy wynika, ze trzeba skrecic w prawo. Teraz przelecz powinna byc spokojna, skoro caly zwariowany ruch idzie dołem. Wyobrazamy sobie widokowe, ciche miejsce idealne na nasz namiocik i ognicho wsrod gor.. W pewnym sensie nasze wizje nie byly pozbawione racji- jadac przez przelecz nie minelo nas zadne auto, motor, rower, fura- nic.. Tylko my i serpentynu calkiem dobrego asfaltu. Na pierwszy rzut oka przelecz nam sie nawet podoba. Ladne widoki i rozsiane budyneczki opuszczonych knajp. Jadlodajnie czy zajazdy staly sie niepotrzebne od kiedy ruch poszedl innym nurtem..
Chwile pozniej zaczynamy dostrzegac inne cechy tego miejsca. W jednej z opuszczonych knajp mam wrazenie jakby tu byli ludzie tylko wlasnie znikneli. Na stole stoi napoczeta flaszka, popiol w kominku jest jeszcze cieply. Pod sciana stoi jakas walizka.. Porzadne drzwi zamykane na skobel prowadza do pomieszczenia z pryczami na ktorych leżą koce. Nieopodal w lasku stoi bus. Z wybitymi szybami i lekko napoczetym silnikiem. Wygieta jakby łomem klapa lekko swiszcze na wietrze. Ale to nie jest wrak. Opony napompowane, ogolnie w dobrym stanie.. Nie stoi tu od dawna, nie nadgryzla go rdza. Stoi pod sosnami- a na masce czy szybach igliwia jest niewiele wiecej niz na skodusi, ktora przyjechala 10 minut temu! Mila atmosfera dzikiej przeleczy zaczyna sie powoli ulatniac.. A z kolejnymi odkryciami owo ulatnianie zaczyna nabierac predkosci… Wokol nas zaczynaja wloczyc sie psy. Sztuk chyba z 8. Psy sredniej wielkosci, nieagresywne, ale jakos coraz mniejsze kółka zaczynaja robic wokol skodusi. Wszystkie psy sa jakies chore i sparszywiale. Jeden ma niesamowicie krzywe przednie łapy- łukowato wygiete, pies nie idzie na łapach tylko na czyms co z zalozenia mialo byc piszczelem, a łapy zwisaja z boku. Drugi ma strasznie zaropiałe oko z jakims guzem, juz nawet ciezko stwierdzic gdzie jest oko a gdzie go nie ma... Trzeci ma liszaj na pol plecow, brak siersci i pękniecia skory az do kosci. Az dziwne, ze wogole zyje w takim stanie. Czwarty chodzi bokiem i wstrzasaja nim drgawki. W rowie lezy jakis pies, ktory chcialby dołączyc do pozostalych, ale nie bardzo moze bo przednia czesc psa chce isc a tylna postanawia dalej lezec i nie rusza sie z miejsca. Psa to widac irytuje bo probuje ciagnac za soba tylna czesc, ale jakos nie bardzo mu to wychodzi, wiec sprawa konczy sie tylko nieziemskim skowytem od ktorego az przebiega po plecach dreszcz.. Mysl o tym, ze za chwile zapadnie zmrok i wsrod ciemnosci znow uslyszymy taki dzwiek, nie nalezy do przyjemnych. Pomysł, ze te zwierzaki zaczna sie ocierac o namiot czy skodusie- rowniez. Kątem oka dostrzegam jakas przebiegajaca postac. Jakby ktos wybiegl z lasu i schowal sie za knajpami. Nieee.. Chyba musialo mi sie zdawac. Ja kątem oka nieraz widze rzeczy ktorych nie ma. Juz na tym etapie jestesmy zdecydowani jechac dalej i tu nie spac. Chcemy jeszcze tylko obejrzec dawna knajpe, taka stylizowana na swanska wieze obronna. Mimo, ze nie jest tam daleko podjezdzamy skodusia.
Za wieżą jest troche krzakow, jakies murki. Wcisniety pomiedzy krzaki i murki, scisle przytulony do wiezy stoi samochod. Mercedes, lokalne blachy, wylaczony silnik. Dokladnie widac, ze ten samochod nie jest zaparkowany- on jest schowany. Z drogi albo przechodzac obok nie ma szans go zobaczyc. W srodku ktos siedzi. Tak jakby za kierownica. Nie odwraca jednak glowy gdy wjechalismy za wieze. Musial slyszec silnik. Dalej twardo patrzy przed siebie tzn. w mur wiezy, ktory zaczyna sie kilka centymetrow przed maską. Znaczy udaje, ze go nie ma… Albo.. nie udaje… Nie wiem jakie predkosci skoda felicja jest w stanie osiagnac na wstecznym biegu- ale podejrzewam, ze calkiem spore! ;) Upewniwszy sie, ze mercedes- widmo za nami nie podąża, juz na spokojnie ale konsekwentnie oddalamy sie z owianej dosc szczegolna atmosfera przeleczy Rikoti.. Dziwne miejsce- jakby zapomniane, ale jakby nie przez wszystkich. Jak zwykle w takich momentach zaczynamy snuc rozne przypuszczenia i wkrecac sobie rozne rzeczy. A moze to jest dyzurne miejsce na zalatwianie roznych ciemnych interesow? Bo nadaloby sie calkiem niezle- porzadne zadaszone budynki gdzie mozna wygodnie siasc i pogadac. Swiadkow malo, spokoj.. Kto przy zdrowych zmyslach by sie tu pchal i po co? Przejazd dolem szybszy, krotszy a tu nic nie ma… Jakos nie mamy ochoty spac nigdzie w poblizu, wogole przy tej drodze, mimo ze przy serpentynach zjazdowych jest kilka sympatycznych polanek. Jakos mamy potrzebe znalezc sie daleko stad.. Wjezdzamy znow na ta glowna ruchliwa droge.. Przy takiej drodze zwykle miejsca biwakowe nie rosna jak grzyby po deszczu. A pora na biwak robi sie bardzo odpowiednia, slonce schowalo sie juz za olesione pasma gor.. Moze jakis hotelik bedzie przy drodze, jakis sympatyczny zajazd? Ciezko jednak rozgladac sie na boki, obserwowac, oceniac i podejmowac szybkie decyzje o hamowaniu i zjezdzie w bok gdy co chwile ma sie na zderzaku trąbiacego tira.. Bo to nie jest droga zeby sie rozgladac , to jest droga zeby zapierdalac z klapkami na oczach.. Mijamy Surami, Kaszuri, Borżomi.. Jakis zamek calkiem ładny mignal nam na tle miasteczka…
Ale nie zwiedzanie nam teraz w glowie.. Sciemnia sie, zaczyna lać.. Jestesmy strasznie zmeczeni. Kabak wyje.. Nie wiem jak to jest, ale malenstwo tak niesamowicie wyczuwa atmosfere chwili i nasze nastroje. Chocby nie wiem co sie nie dzialo, jak my jestesmy w dobrych humorach to i ona cieszy gębe i radosnie guga. Ale gdy tylko cos jest nie tak.. to ona musi dowalic jeszcze swoje od siebie.. Probuje ją nakarmic. Zawsze ladnie je w skodusi, rowniez w czasie jazdy. Oczywiscie nie dzisiaj. Nie chce jesc. Wypluwa cala kasze, wytrąca mi z reki miseczke.. jeszcze w taki sposob, ze udaje sie upaskudzic kaszą jej ubranko, fotelik, moje spodnie i caly tyl siedzenia kierowcy. My z toperzem nie jedlismy nic od sniadania. Jakos dopiero teraz sobie to uswiadamiamy, ze jestesmy tez wilczo glodni. Probuje tak na rozum zjesc ten slodki chlebek, ktory kupilismy przed tunelem. Ale jakos nie moge, kazdy kęs staje mi w gardle. Na dodatek znow boli mnie gardlo. Przeziebienie sprzed dwoch tygodni jednak nie ma ochoty mnie opuscic.. Chyba kazdy ma czasem w podrozy takie momenty, ze marzy o tym aby natychmiast znalezc sie w domu. By moc sie teleportowac i juz na zawsze wiesc spokojny los domatora. Ja zdecydowanie nieczesto mam takie momenty, ale teraz jest wlasnie jeden z nich..

Gdzies dobry kawalek za Borzomi zjezdzamy na lewo na blotnisty plac. Nie chcemy jechac juz dalej. Jeszcze tylko tego brakuje, zeby nam ktos teraz wjechal w tylek.. Poza tym szkoda tej drogi, ktora pamietam z okien marszrutki- byla piekna i ciekawa, a teraz tego zdecydowanie nie docenimy. Namiot stawiamy na przydroznym parkingu, gdzie unosi sie zapach miejskiego szaletu, a przejezdzajace auta, mimo ze sa daleko, oslepiaja nas reflektorami. Bo wlasnie tu jest zakret drogi a wszyscy oczywiscie walą na dlugich. Ale nam jest juz wszystko jedno. Toperz i kabak zasypiaja natychmiast. Ja nie moge zasnac. Wpadam w jakis dziwny stan, ze nie moge ani do konca zasnac ani sie obudzic. Takie pogranicze snu i jawy, przeplatane blyskami samochodowych swiatel. W koncu zasypiam, ale dręcza mnie koszmary. Takich upiornych snow chyba jeszcze nigdy nie mialam. W jednym z nich ide ulica podswietlona jakims seledynowym swiatlem. Co chwile odpada mi jakis kawalek ciała, to reka, to nos, to ucho, upada na asfalt i rozbryzguje sie jak szklo na tysiace kawalkow.. W drugim snie jestesmy wszyscy w trojke i wpadamy w jakas otchłan, w jakis jakby lej czy krater wulkanu. Toperz i kabak spadaja jednak szybciej i natychmiast nikna mi z oczu, nie moge ich dogonic.. Ja lece w ten dol jakos powoli i co chwile mijaja mnie inne spadajace postacie, glownie sa to dawno nie widziani znajomi… Az czasem mi dziwnie bo wrecz zapomnialam o ich istnieniu. Wiekszosc z nich cos do mnie mowi, ale nie slysze co, nie rozumiem slow, bo caly ten lej wypelnia szum… to chyba szumi rzeka Mtkvari, ktora plynie w dole, niedaleko za naszym namiotem..

cdn

Czas nie goni nas cz.38 - Gruzja, dwa zbiorniki i zamieszkała maczuga

W Ambrolauri jest pomnik ze zrodelkiem. Toperz sadza kabaczka do zdjecia na kolanach jednej z rzezb. Ludzie stojacy na pobliskim przystanku patrza ze zdziwieniem- czemu ten turysta maca rzezbe? Nagle ktos zauwaza- tam jest dziecko!! I wszyscy turlaja sie ze smiechu- nie widzieli kabaka! :) Tak sie wkomponowala!
W miasteczku stoi tez drugi pomnik- wina!
Jest tez plac zabaw - dzieci zostaly chyba stad wyparte przez bardziej prężna grupe ;)
Na nocleg zatrzymujemy sie nad jeziorem Szaori. Przypomina mi nieco Soline. Tez takie gliniaste brzegi i lagodne, zielone pagóry opadajace do wody.
Biwak stawiamy na niewielkiej polance. Wokol sporo drewna wiec i ognicho zapodajemy.
Dziwne sa dzis chmury. Niektore przypominaja falki jakie sie tworza nieraz na nadmorskim piasku, inne sa znow jak dym..
Dzis kabaczek ma urodziny! Konczy rowno roczek! Z tej okazji jest torcik urodzinowy w wersji terenowej tzn gęsta kaszka i wbita w nią cerkiewna swieczka.
A w prezencie pierwsza wlasna czolowka :)
Kolejnego dnia mijamy kolejny spory zbiornik, acz ten nie zacheca do kapieli, jakis taki podeschniety i woda pachnie nie za szczegolnie. Nazywa sie Tkibuli, tak jak pobliskie miasteczko.
Spotykamy dzis nietypowy przystanek autobusowy. Chyba jedyny jaki w zyciu spotkalam, do ktorego jest dociagnieta elektrycznosc ;) Biorac pod uwage umieszczone pod wiata sprzety - pelni on role swietlicy wiejskiej. Nie wiem natomiast czy jakies autobusy sie tu zatrzymuja- rozkladu nie bylo.
Plątaniną malych drog jedziemy zakosami mniej wiecej w obranym kierunku. W duzym procencie drogi nie zgadzaja sie nam z mapami, wioski po drodze nazywaja sie zupelnie inaczej niz te za ktore je mamy- ogolnie mozna przyjac, ze przewaznie nie wiemy gdzie jestesmy. Czasem droga sie konczy tzn zaczyna byc wyraznie nieskodusiowa, wiec musimy zawrocic i szukac innej. Jedzie sie bardzo przyjemnie - wokol lagodne wzgorza, czesciowo porosle lasem, troche łąk, czasem blysna jakies wysokie sniezne czuby gdzies w dalekiej oddali. Czasem mozna przysiasc na chwile pod sklepikiem juz zagadac babuszke u płota. Bardzo mily teren na niespieszna włoczege bez celu.
Przejezdzamy przez jakas wioske gdzie jest zrodelko i tablica wygladajaca jak nagrobna. Wszystko jeszcze omurowane jakby grotą, taka jak u nas sie umieszcza w takowych Matki Boskie. Caly temat uzupelniaja dwie latarenki. Bardzo mnie zaintrygowalo takie polaczenie, a akurat nie ma nikogo w okolicy, zeby zapytac. Zawsze wydawalo mi sie, ze tablice nagrobne stawia sie w dwoch przypadkach- na cmentarzu gdzie leza zwloki albo w miejscu gdzie dana osoba zginela. To tych dwoch utonelo w tym zrodle? Albo ich rodzina sobie tak "przywłaszczyla" zrodelko? A moze to nie jest tablica upamietniajaca zmarlych? No bo oczywiscie nie wiem co jest na niej napisane… Jesli ktos pomoze rozwiklac zagadke bede bardzo wdzieczna! :P
Docieramy w planowane miejsce czyli pod gruzinska Maczuge Herkulesa opisana na tabliczkach jako kolumna “Katskhi”. Maczuga tym sie rozni od naszej jurajskiej, ze na jej szczycie stoi kosciolek. Wylazi sie tam po drabince, wieksze rzeczy wciaga minikolejka linowa. To nietypowe miejsce zamieszkuje mnich sztuk jeden. Gdzies kiedys slyszalam, ze ow pustelnik gosci zbytnio nie lubi, wiec nie chcemy sie wpraszac i go niepokoic wiec ogladamy miejsce tylko z daleka. Poza tym gdzies mi sie tez obilo o uszy, ze mieszkaniec skaly nawet jak ma rzadki przyplyw goscinnosci to w swoje progi wpuszcza jedynie facetow.. Kto pierwszy pobudowal sie w takim miejscu i kiedy dokladnie to nastapilo nie wiadomo. Ponoc jeszcze za czasow poganskich byla tam jakas swiatynia dla boga slonca czy cos w tym stylu. Date powstania pierwszych budowli na tej skale szacuja na jednocyfrowe wieki naszej ery.
Cala okolica to wawozy i wsie na roznych poziomach- widac, ze opleciona siecia kolejek linowych Cziatura jest niedaleko stad... To samo uksztaltowanie terenu!
Na dzisiejszej trasie widzimy tez inne samotne kosciolki porozrzucane po wzgorzach, skalach i gestwinach- zeby to wszystko na spokojnie pozwiedzac to by trzeba w samej Gruzji z pol roku spedzic a nie poltora miesiaca ;)
cdn

środa, 30 listopada 2016

Czas nie goni nas cz.37- Gruzja, Racza czyli niespełnione sny o przełęczy...

Na wjezdzie do Oni wita nas dawny kołchoz z bardzo ciekawa konstrukcja- jakby jakis rodzaj pieca?
Zwraca uwage nazwa glownej ulicy miasteczka. Zwlaszcza w wydaniu angielskim na reklamowych plakatach wyglada jakos tak dziwnie- w formie "Stalin street". Ale z drugiej strony moze nie powinno dziwic- skoro nawet w Paryzu maja stacje metra "Stalingrad: ;)
Caly dzien byla piekna pogoda ale ledwo wjechalismy do Oni to luneło. Chyba tu jest taki klimat, ze codziennie wieczorem pada. Szukamy hostelu ktory ktos nam kiedys polecal, ze smaczne jedzenie tam daja. Jak sie okazuje ow hostel Gallery jest drogi jak skurczybyk, dwa razy tyle kasy chca co w innych miejscach np. w Swanetii- juz sie nie dziwie, ze mozna sie tu kąpac w jedzeniu i winie. Obiekt poza tym jest klaustrofobiczny i potwornie zapchany turystami. Nawet jakbysmy chcieli zostac to nie ma miejsc nawet w szopie. Gospodarz dosc nachalnie wciska nam do rąk swoje wizytowki, folderki, poleca przyjechac za jakis czas i koniecznie wczesniej rezerwowac telefonicznie lub mailowo miejsca. Po czym probuje nas ciagnac aby oprowadzic po swoim hotelu i poczestowac winem (po czym szybko dodaje, ze wino kosztuje 20 lari). Nie mam nic przeciwko kupowaniu wina, ale gdy ktos wyraznie uzywa slowa "zaprosic", "poczestowac" a potem wyjezdza z cena- budzi to moj gleboki niesmak... Gdy pytamy go o inne miejsca na nocleg w miescie mowi, ze nie wie, ze chyba nic nie ma. Mieszka tu i nic nie wie? Ani kto wynajmuje pokoje, ani gdzie mozna dogodnie rozbic namiot? Rozumiem, ze wlasciciele obiektow noclegowych nie lubia polecac konkurencji- ale jesli sami nie maja miejsc? Gosc z pozoru wydawal sie mily ale chyba jednak taki nie jest.. To jego “nie wiem” to takie “albo spisz u mnie albo spier***”. Do rozmowy włącza sie przechodzacy obok anglojezyczny turysta. Mowi, ze rok temu spal tu u jakiejs babki- dwie przecznice dalej, tlumaczy nam dokladnie jak dojsc. Gospodarz widac, ze jest wsciekly. Nie wiedzial o tym, ze kilkset metrow dalej jest drugi hostel? Rozumiem, ze kogos omami forsa, ale mimo to czlowiekiem mozna by pozostac… Dzieki prostej instrukcji turysty znajdujemy nocleg bez problemu. Obiekt jest tanszy i bardziej przestronny. Ogrodek opleciony winorosla i kwiatami.
Najbardziej urzekla mnie łazienka. Na pierwszy rzut oka normalna, nowoczesna, czysta, wykafelkowana. Ale chwila.. ten zapach! Jakby ogniska, jakby kominka, jakby żywicy i dymu? I ten dzwiek! Trzaskajacych gałązek i buzujacego ognia w kominie! Pierwszy raz widze taki “bojler”! Pierwszy raz mam okazje siedzac w wannie dokladac do pieca! Piekna sprawa! Drobny szczegol a moze tak ubarwic pobyt!
Podoba mi sie tez rozmiar i asortyment spizarni!
Od razu tez przechodze do sedna sprawy w rozmowie z gospodynia- transport na przelecz. Dowiaduje sie, ze nici z mojego sprytnego planu- tu nic sie nie da zrobic. Przelecz Mamisońska nie dosc, ze lezy na granicy gruzinsko-rosyjskiej, to na domiar zlego wlazi tam jeszcze cienki bo cienki ale jęzor Osetii Poludniowej. Ponoc nie ma szans dojechac bo stoja tam ruskie sołdaty. Nikt z miejscowych znajomych gospodyni tam nie pojedzie, aby nie narazic sie na aresztowanie czy inne posądzenie o terroryzm. I nie jest to kwestia kasy. Na tym etapie jeszcze sie nie poddaje, wierzac, ze babka po prostu dramatyzuje albo nie ma znajomosci i wstydzi sie przyznac.

Kolejnego dnia jedziemy w strone Szowi. Zawsze ciut blizej “mojej” przeleczy. Mam przed oczami jej zdjecie - kilka rozpadajacych sie bud i morze gor... Juz nie pamietam gdzie go widzialam i z jakich lat pochodzilo, ale bylo podpisane "Mamisonskij perewał". Ta przelecz to jedno z niewielu miejsc gdzie jezdna droga przelamuje sie przez glowny grzbiet Kaukazu, wspinajac na prawie 3 tys metrow. Liczylam sie oczywiscie z tym, ze skodusią tam nie wjedziemy. Ale myslalam ze terenowe taxi znajdzie sie bez problemu... Wyjazd “na dziko” do cieplych zrodel Kelbadzaru dwa lata temu troche nas rozzuchwalil. Co tam granice- zwlaszcza takie nieuznawanych republik. Wierzylismy i teraz w nasze umiejetnosci negocjacyjne i w to, ze w tych rejonach swiata nie ma rzeczy niemozliwych- tylko maja swoja cene..

Przy drodze z Oni do Szowi szukamy zrodel mineralnych. Ponoc jest ich w rejonie duzo, ale nigdzie nie udalo sie zasiegnac informacji ile i gdzie one sa dokladnie. W wiosce Ucera stoja tabliczki kierujace w strone rzeki, na jednej napis, na drugiej cos namalowane co moze byc zrodlem. Schodza w dol schody. Nad rzeka stoi wiata biesiadna. Obok blotniste jeziorko ktore bulgocze i faktycznie zapodaje aromatem siarkowodoru. Jakas babka czerpie kubeczkiem i pije.
Kawalek dalej jest skret na zrodla Gverita. Znaki drogowe informuja tez, ze jest tam skrzyzowanie z droga podrzedna. Jezdzimy kilka razy tam i spowrotem. Nie widzimy zadnej drogi. Jest tylko sciezka, ktora przekracza rzeke bujaną kladką dla pieszych. Dosc solidna jak na te rejony wiec chyba musi dokads prowadzic. Dalej pod gore pnie sie sciezynka z drewniana porecza. Za zakretem jest plastikowa rura sikajaca wodą. Woda bez zapachu i smaku. Poręcze sie koncza, droga dalej wali w gore. Czy to byly zrodla? Czy 5 km dalej? Cos nam nie idzie dzis to szukanie ;)
Droga do Szowi jest szutrowa ale dosc dobra, skodusia daje sobie rade bez problemu.
Przejazd uatrakcyjniaja wodospady i małe tuneliki
Co chwile odslaniaja sie widoki na kolejne postrzepione szczyty ogromnych gor, ktorych nieraz splywaja jezory lodowcow.
Tu cos w stylu pieninskiej Sokolicy! Rzeka jest, gory są, pokrecona sosna rowniez. Tylko nie ma szlaku, tlumu, barierek, biletow i innych dupereli psujących klimat gor...
Mijamy ryczace potoki o barwie szarej lub zielonkawej i temperaturze zblizonej do lodu. Tutejsze strumienie maja charakterystyczny zapach- taki jakby trochu mułu, jakby ziemi na wiosne, jakby powietrza po burzy?
A tu chyba bylo jakies cieple zrodlo- bo ow rudo-brazowy potoczek byl taki letni- co w porownaniu do “szarej rzeki” znaczylo ze prawie parzył! Moczenie nóżek bylo wiec przyjemne!
Nie chcialabym widziec tej rzeki po solidnych deszczach albo roztopach!
A tu łączka, ktora upatrzylismy sobie na biwak.
Mijamy tez wyschniete zrodla mineralne.
Sa tez drogowskazy! I wszystko jasne! :P
Mijane wioski Glola i Szowi sa dosc dziwne. Na pierwszy rzut oka male, zapadłe, jakby prawie wyludnione. Nigdzie nie mozna tez kupic piwa w objetosci mniejszej niz butla dwulitrowa. W sklepiku prawie nic nie ma. Za to turystow jest sporo, auta sie wszedzie kłębia. Stoja tez co chwile dosc nachalne reklamy jakiegos wypasnego hotelu.
Na obrzezach Szowi zostawiamy skodusie. Nawet nie to, ze dalej nie da rade pojechac. Ale mamy chytry plan. Sporo aut jedzie dalej. Chcemy łapac stopa. Moze choc na szlaban? Moze jacys pogranicznicy beda jechac? Wszystkie mijajce nas samochody jada tylko kawalątek za Szowi na biesiadki “na przyrodzie”. My pniemy sie dalej, gdzies w duchu liczac po cichu na rzecz niemozliwa...
Na jednej z pobliskich gor stoja jakies ogromne anteny
Przerwa na zapoznanie z bulgoczacym źródełkiem
Docieramy do przeciecia sie drogi z wartkim strumieniem… Przez chwile droga i potok to jedno... To by byla ostateczna bariera antyskodusiowa..
Ktos zbudowal na potoku prowizoryczna kladke, jednak nie mamy odwagi na nia wejsc ;)
I wtedy pojawia sie dziadek. Turysta. W klapeczkach, bez plecaka czy nawet malej siateczki. Mowi, ze tam za 2 km jest duzy namiot i jego znajomy sprzedaje miod. Za miodem juz nic nie ma, jest tylko gruzinski post gdzie wszyskich zawracaja. Dziadek byl na przeleczy dwa razy. Ale juz dawno temu “w czasach gdy zesmy tutaj w regionie zyli wszyscy w zgodzie”. Po czym dziadek wlazi do strumienia i jak gdyby nigdy nic przechodzi przez niego i idzie dalej. Jakby szedl chodnikiem w srodku miasta. Nawet spodni nie podwinal skubany! Dziadka nie porwalo to i my sciagamy buty i zaglebiamy sie w nurty.
Czegos podobnego jeszcze nigdy nie spotkalam. Chodzenie po lodzie czy sniegu daje chyba wieksze wrazenie ciepla. Po kilku krokach nie czuje juz ze woda jest zimna, zaczyna mnie parzyc jakbym oblala sie wrzatkiem, po kilku kolejnych przestaje czuc nogi wogole. Nie wiem czy tak wlasnie wyglada roznica jak potok nie plynie ze zrodla ale z lodowca, ale to jest jakas masakra! Buty ubieram z trudem, dziwnie sie je naklada na takie stopy z drewna, zupelnie bez czucia. Obok lezy kamien, w ktorym sie odcisnal jakis zwirz
Za potokiem podchodzimy na niewielka gorke, ogladamy sie za siebie i.. tracimy zapal do dalszej wedrowki.. Pol nieba spowija szaro-czarna chmura, ktora pozera kolejne gory.. Na dodatek rozlega sie grzmot, ktory nawet czuc jako lekka wibracje pod stopami. Jeszcze sie nie spotkalam nigdy z tak radykalna zmiana pogody. Pstryk i jakby inny dzien. Gdy rozmawialismy z dziadkiem swiecilo slonce! Ale tez nieczesto bywam w gorach o takiej wysokosci.. Widac rzadza sie swoimi prawami..
Ze burza w gorach jest nieprzyjemna to wiadomo.. Ale jak poleje i ten potok wzbierze to juz nie wrocimy.. Zatem odwrot.. I znow lodowate odmety, ktore wydaja nam sie bardziej rwace niz 5 minut wczesniej… Do skodusi i tak docieramy w strugach deszczu. Leje az do Oni, wiec nasze upatrzone z rana potencjalne miejsca noclegowe sporo traca na swej atrakcyjnosci.
Mijamy ciekawe skały wiszące nad droga i potokami
Ktos kiedys cos tu napisal..
Kolejnego dnia jedziemy szukac gejzeru. Kiedys gdzies widzialam zdjecie z Oni- szkielet sporego budynku a obok tryskajace zrodlo. Nic takiego w miasteczku nie zauwazylismy. Gospodyni mowi ze trzeba jechac “po starej tbiliskiej drodze”. Wszyscy tu tak na nia mowia. O tej drodze, ktora jezdzilo sie niegdys do stolicy. Przez Cchinwali. Teraz droge przeciela osetyjska granica, wiec prowadzi tylko do kilku malych wiosek. Ponoc jeszcze w 2007 roku jezdzil tedy autobus z Oni do Tbilisi. Niby Osetia byla juz zbuntowana, ale powoli jakies kontakty sie wznawialy, Osetyjczycy ze wzgledow ekonomicznych coraz czesciej chcieli jezdzic do Gruzji na handel. “Ale potem Miszka dal sie pieknie sprowokowac Ruskim i sie skonczylo do dupy dla wszystkich”- tak opowiadaja o sprawie Murman i Zurab- dwaj wojskowi nocujacy na tej samej kwaterze co my. Chlopaki sa chyba jakas rodzina gospodyni a na codzien pilnuja posterunku za Szowi. “Pilnujemy i mysz sie nie przeslizgnie. Nie trzeba nam jakiejs miedzynarodowej afery. Dalej zaczyna sie “dzika ziemia dzikich ludzi””.... Jeden z wojskowych rozmysla, drapie sie po glowie i w koncu mowi mi na ucho- sluchaj- jesli bardzo ci zalezy na tej przeleczy i masz duzo kasy- jedz przez Rosje. Od tamtej strony bedzie ci latwiej.... Pozostaje nam wiec szukanie zrodel przy “starej tbiliskiej drodze”. Dawna glowna trasa a teraz bardzo boczna droga donikad. Asfalt powoli wiec zjada roslinnosc.. Za pierwszym podejsciem przegapiamy gejzer. Jedziemy daleko za Oni i nic nie widac. Przed nami otwiera sie zielona dolina pelna gor, z rzadka usiana pojedynczymi domami.
Dopiero jakis gosc tlumaczy nam, ze trzeba sie kierowac na baraki w dole, schody w rzece i porzucone stalowe baniaki. Teraz trafiamy jak po sznurku.
Kiedys stalo tu cos wiekszego, widac fundamenty sporych budynkow. Nie wiem czy rzeka zmienila bieg czy z zalozenia te schody mialy sie znajdowac w jej nurtach?
Jeden z pobliskich baraczkow jest zamieszkany ale nie udaje sie nawiazac kontaktu z jego mieszkancami.
Zaraz obok jest rura obrosnieta kolorowymi naciekami i plująca aromatyczna wodą. Spod gejzeru odplywa rudy potoczek.
Nie wiem czemu jakos sobie ubzduralam, ze ta woda bedzie ciepla. A jest tylko mineralna.. Toperz sie kąpie, kabak tez radosnie pluska nozkami. Ja chyba poczekam na prawdziwe cieple zrodla. Wokol dogodne miejsca biwakowe, wielu miejscowych przyjezdza tu na pikniki. I ten koles z hostelu o tym miejscu na namiot (5 minut za miastem) tez niby nie wiedzial????
W Oni ide jeszcze na targ. Spotykam tam grupe zagubionych Polakow, ktorzy chcieli jechac do Swanetii, ale taksiarz przekonal ich, ze tu tez jest ladnie a wezmie mniej za kurs. Teraz sa wsciekli bo “tu nic nie ma”. Z hostelu oczywiscie wylecieli na bucie, z informacja, ze innych noclegowni i knajp tu nie ma (knajpy mysmy tez nie znalezli). Na targu ponoc nie moga sie dogadac i nic kupic a sa glodni. Dwie dziewczyny maja miny jakby wlasnie chcialy kogos zamordowac, dwoch chlopakow tez desperuje. Jeden chlopak z ekipy jest w miare radosny, cieszy sie, ze kupil bukłak z winem i probuje reszte jakos rozruszac, ze przeciez jest fajnie, wokol sa gory i moga tu spedzic mile dni. Widzac miny pozostalych nie wiem czy uda mu sie zarazic ekipe swoim optymizmem. Pomagam im zrobic zakupy, daje namiar na kwatere gdzie spalismy, opowiadam o zrodle, a jedna z dziewczyn ma do mnie pretensje, ze wlasnie probuje jej poderwac chlopaka (tego wesolego). No coz- ja nie jestem zagrozeniem, ale biorac pod uwage jej zachowanie, nie byloby dla mnie dziwne gdyby ją zostawil po tym wyjezdzie albo nawet w trakcie.... Robimy jeszcze rundke po miescie, zwiedzamy opuszczona szkole sluzaca obecnie bydelku jako schronienie przed sloncem lub deszczem.
Zagladamy do dzielnicy z domkami uchodzcow (chyba bardziej im sie powiodlo niz tym z Ckaltubo).
Rzucamy tez okiem na cmentarzyk na obrzezach miasta.
Wpadamy tez na jakas swiatynie. Nie wiem jakiego wyznania - ale na szczycie kopuly ma osmioramienna gwiazde. Takowa ponoc jest symbolem chaosu i uzywaja jej zwolennicy okultyzmu i magii ;)
Jakis opuszczony zaklad przemyslowy ogradza parkan z groznymi tabliczkami
Gdy wyjezdzamy z Oni dwie godziny pozniej grupka pieciu Polakow dalej siedzi pod tym samym drzewem, zbita w ciasny krag i wygladaja jakby sie bali calego otaczajacego swiata a przynajmniej pragneli za wszelka cene sie od niego odgrodzic. Nie znam ich dalszych losow.... cdn