bubabar

wtorek, 10 lipca 2018

Pribałtika cz.5 - Estonia - "Kto nie ryzykuje szampana nie pije"

W Haademeeste mijamy kosciolek. Wykonany z podobnego budulca jak cerkiew z łotewskiej Ainasi - tez taki ceglano-kamienny. W srodku siedzi babeczka sprzedajaca pocztowki ale chowa sie na moj widok. Troche dziwne zachowanie…




Typowe dla okolicy zabudowania.


Na obrzezach Lihuli toperz mowi, ze chyba mamy problem.. Zjezdza na pobocze i jest grozba , ze dalej nie pojedziemy. Juz chwile wczesniej jakos dziwnie trzęsło ale zrzucilismy to na karb nierownej drogi. Wyglada na to, ze szlag trafil skrzynie biegow. Po chwili okazuje sie, ze jedynka i dwojka w miare działają. W takiej sytuacji wracamy do miasteczka, ktore wlasnie ominelismy. Rozważania “ciekawe kiedy poplynie prom na Saareme” schodzą na dalszy plan. W tej chwili bardziej nas interesuje “czy tu jest mechanik i czy sie z nim dogadamy”. Miasteczko jest nieduze, sporo drewnianych domów stoi rowniez przy glownych ulicach.




Przy wielkich rurach w stanie poćwiartowania pytamy o mechanika. Niestety to nie tu. Kawalek dalej faktycznie jest zaklad mechaniczny. Tzn warsztaty sa ukryte gdzies dalej, a klient ma do czynienia glownie z umalowaną pania na recepcjo-sekretariacie. Mechanik, ktory do nas wychodzi jest bardzo mily. Chyba z pol godziny rozmawiają z toperzem. Ale niewiele z tego wynika. Na samochod nawet nie chce popatrzec. Ponoc jest tak zawalony robotą, ze moze nas wcisnąc za 3 tygodnie. Teraz musi skonczyc robote i jedzie z dziewczyną na łikend. Bo w łikendy sie wyjezdza a nie pracuje. To akurat w pelni potrafie zrozumiec. Skadinad ciekawe, czemu samochody na wyjazdach ZAWSZE muszą sie zepsuc w wolne dni albo swieta? Jednak czekac do poniedzialku tez nie ma sensu - nie są tu po prostu zainteresowani. Nie jest to tez kwestia ceny. Raczej podejscie “hmmm.. Co by tu zrobic, zeby sie ich skutecznie pozbyc”. Mechanik poleca nam wrocic do Parnu, bo chyba tam bedzie najblizszy zaklad mechaniczny. Poza tym tam ma kumpla. Moze do niego zadzwonic to tamten w poniedzialek moze łaskawie rzucic okiem na samochod (jak cos ekstra zaplacimy) ale czy podejmie sie naprawy w skonczonym czasie to tez nie wiadomo. Tam tez pewnie mają kupe nagranej wczesniej roboty. No coz… Chyba nie mamy wyjscia. Bierzemy numer telefonu do goscia z Parnu, drugi numer do firmy holującej i mamy plan zabunkrowac sie gdzies na łikend nad morzem, na jakis dzikich plazach. O ile busio tam dojedzie..

Robimy jeszcze rundke po miescie - a nuz jest jeszcze inny mechanik w Lihuli? Jest. Calkiem niedaleko. Zaklad na pierwszy rzut oka duzo sympatyczniejszy. Wyglada jak warsztat a nie jakies przeszklone biura… Widac hale, podnosniki, kupe żelastwa.


Jak widac nie tylko auta tu naprawiają ;)


No i zapach jak nalezy - metalu, smaru, benzyny.. Mechanik ma miła gębe, ale w ząb nie mozna sie z nim porozumiec, gada wyłącznie po estońsku. Niby ludzie mówia “po co znajomosc języka w podrozy, mozna dogadac sie na migi”. No jasne - pokazujemy, ze chodzi o auto. Mechanik kiwa głową. Wiadomo chyba, ze nie przyszlismy z ochwaconą krową.. Na szczescie jeden z klientow pomaga robic za tłumacza. Nie idzie mu to tez najlepiej, ale do drobnego porozumienia wystarczy. Młody chłopaczek jest bardzo przejęty swoją rolą. Przyjechal wlasnie wymienic opony na letnie (w polowie czerwca!!!!!). Nie wiem czy chłopaczek jest nieogarniety, czy to moze raczej swiadczy o długosci zimy w tych okolicach ;)

Mechanik obiecuje obejrzec busia jak skonczy z autem wlasnie stojącym na podnosniku. Czekamy. Kabak biega od mostku na rowie do pokrywy studzienki, na ktorą gdy sie wskoczy to ona robi “dzyń”.


Ide tez na krotki spacer po okolicy. Zaraz obok sa ruiny sporego koscioła. Wykonany jest z wielkich kamieni i cegieł - tak samo jak cerkiew z Ainasi i kosciol z nieśmiałą babka z Haademeeste.




W cieniu ruin jest tez knajpa, gdzie miejscowi popijają popoludniowe browary.


W koncu przychodzi czas na busia, ktory wjezdza na warsztat… Jako ze nasz poprzedni tłumacz gdzies przepadł (najprawdopodobniej pojechal w swoja strone) podają nam telefon z jakims gosciem, ktory tłumaczy. Mamy spore podejrzenia czy to przypadkiem nie jest ten poprzedni mechanik, u ktorego juz bylismy ;) Naprawą skrzyn sie tu nie zajmują. Nowych skrzyn na wymiane nie mają i nie mają pomysłu skad wziać w tej niewielkiej miescinie. Postanawiają busiowi dolac oleju do skrzyni, licząc ze moze spowoduje to jakies pozytywne efekty. Nie wiem czemu ale ani w busiu ani w skodusi nie ma wskaznika poziomu oleju w skrzyni. Nie ma tez w miare dogodnego sposobu na sprawdzenie tego, zajrzenie czy samodzielne dolanie. Zadnej czerwonej lampki, żadnego bagnecika… Nie wiem czy w innych autach tez to jest taki niedorobiony element?

W scianach mają tu solidne piece.


W warsztacie mają podnosnik ale tylko dla aut osobowych. Busio jest nieco za tłusty na jego gabaryty i mozliwosci. W koncu przy wspomaganiu sie beleczką i lewarkiem (takim jak do wymiany kół) udaje sie podniesc przod busia i zawiesic go w powietrzu. Stan ten jest zdecydowanie nietrwały ;) Mechanik włazi pod busia z miną jakby sie własnie żegnal z zyciem. Przed oczy cisną mi sie kadry z pewnego, internetowego filmiku, gdzie podniesiona kabina tira spada na grzebiącego w silniku kierowce, a podrózujący z nim na stopa wędrowiec zostaje w nieco “niekomfortowej” sytuacji..Bo zostaje w srodku tajgi z trupem, plecakiem ukrytym w szoferce i dylematem “spierdalac czy tłumaczyc sie policji”. Probuje wszelkimi siłami odpędzic od siebie te obrazy z filmu, ale jakos wracają jak bumerang… Skadinad ciekawe, ze teraz wiekszosc zakladow ubrało sie w te podnosniki (w Oławie jest to samo) zamiast mieć kanał. Zwykły kanał. Albo wykopana dziura w podłodze, albo betonowe czy metalowe “górki”, na ktore mozna wjechac. Nie wiem. Widac niemodne, za mało nowoczesne, albo unijnych norm nie spełniają???

Okazalo sie, ze oleju zostało pół szklanki… Mechanik znika gdzies na pół godziny i wraca z dwoma butlami, ktorymi poi busia az do dna. Potem robi busiem rundke po miescie, co bardzo niepokoi kabaka. Malenstwo jest bardzo przestraszone gdy auto znika za zakrętem: “Busio jedzie, busio tam, busio nie ma!!!!” Mechanik wraca z miną nietęgą” “Karobka kaput!” Brzmi to bardzo zle… Chwile pozniej przyprowadza jakiegos goscia, zeby nam opisal sytuacje dokladniej. Na tym etapie okazuje sie, ze nie jest az tak bardzo zle. Czwórke szlag trafil i w ogole nie wchodzi. Trzeba ją omijac. Piątka zgrzyta przy prędkosciach powyzej 70-80 km/h. Inne biegi działają. Poki co… Olej jest dolany, wiec powinno byc lepiej. Na ile? Tego nie tylko estoński mechanik ale zapewne i sam Pan Bóg nie wie. Moze objedziemy Estonie i wrocimy do domu, a moze nie uda sie dotrzec do rogatek miasta. Co robic? Jechac do Parnu i szukac skrzyni? Czy kontynuowac wycieczke w strone wysp? W Parnu zmarnujemy kupe czasu, nawet jak sie uda znalezc skrzynie i ją wymienic to pewnie trzeba bedzie akurat zaczac wracac do domu. I gdzie bedziemy spac w czasie naprawy? Jestesmy durni jak but - namiot zostawilismy w domu. No i nikt nie da nam gwarancji, ze “nowa” skrzynia bedzie lepsza. Nowe skrzynie tez sa uzywane. Ale jak sie okaze, ze jestesmy na srodku drugiej wyspy i działa tylko wsteczny? A wokol tylko lasy i bagna? Czy na wstecznym uda sie dojechac gdziekolwiek? A jak i wstecznego nie bedzie?

Kumpel mechanika rozklada rece. “Kto nie ryzykuje szampana nie pije”. On by jechal dalej. "Działa, jedzie? Nie ruszac! Lepsze jest wrogiem dobrego. Po kiego diabła wam do szczescia czwórka? Ale wybór nalezy do was."

Poki co zrobil sie wieczor. Ruszamy wiec w strone plaż biwakowych koło Matsu. Przemykamy przez malenkie, utopione w zieleni wioski, ktorych w wiekszosci moja mapa nie wykazuje. Co chwile jakies skrzyzowanie. Kierujemy sie sloncem. Buś jedzie. Czasem zawyje na trojce, czasem zaświszcze na piątce. Ale grzecznie jedzie w dal...

We wioskach sa glownie drewniane domy, czasem trafi sie jakis stary blok z białej cegiełki.



Jest nawet wrak samolotu na lokalnym placu zabaw. Kabak kwiczy do hustawek, ja do samolotu.


Ale noc za pasem. Jeszcze sie nie nauczylismy, ze tu to slowo oznacza co innego niz u nas i pospiech zdążenia przed zmrokiem nie jest wcale taki wskazany.

Docieramy do nadbrzeznych wiat. Kolejne cudne miejsce!








Jest kibel strzezony przez niedzwiedzia. Ciekawe czy tu mają prawdziwe?



Wieczorem kabak domaga sie nocnika. Ale nie chce siadac tam gdzie toperz go postawil. Nocnik ma byc w sloncu i z widokiem na morze! :)

Wczesnym porankiem widzielismy ekipe, ktora myła kibel, zbierała smieci po biwakowisku. Zabrali rowniez nasz worek ze smieciami przywiązany pod okapem wiaty. Oprózniali smietniki i uzupelniali porąbane drewno na ognisko. Jak widac sa inne metody zapewniania czystosci w lasach jak usuwanie/zamykanie w klatkach smietnikow czy ciagle narzekanie na brak kultury w narodzie.

Dobrze, ze w nocy nie bylo jakiejs wichury ;) Dopiero dzis zauwazam, ze stanelismy sobie pod najwieksza iloscia zeschłych konarów chyba w promieniu 100 km ;)


Rano morza nie ma. Tzn. mamy podejrzenia, ze wciaz jest niedaleko bo wszedzie roznosi sie intensywny zapach ryby. Mozna isc tylko na węch. Bo wszystko spowija gęsta mgła.. Plaża w takich okolicznosciach ma kupe uroku!






No to dzis kierunek Virtsu, kierunek prom!

cdn

niedziela, 8 lipca 2018

Pribałtika 2018 cz.4 - Pierwsze spotkanie z Estonią








Przy zachowaniu odpowiedniej czujnosci udaje sie nam nie przegapic wjazdu do Estonii.


Pierwsze wrazenie to jeszcze wieksza przestrzen i spokoj niz na Łotwie. Wioski o drewnianym domkach utopione w zielonosci, nadmorskie osrodki domkow kempingowych w sosnowych lasach, tez jakies takie puste i przestronne. Lasy, lasy, pola czasami. Często sie zatrzymujemy przy drodze, na jakies zdjecie czy siku (efekty wypicia na plaży 2 litrow kwasu sa dotkliwe). I nikt nie trąbi, nikt nie wjezdza nam w zadek. Jakies takie poczucie oprężenia i odpoczynku. Moj ulubiony zapach igliwia wygrzanego słoncem lasu, wiatr szumiący w czubkach sosen i szybko płynące po niebie obłoki na tle błękitu. Czasem jest sie gdzies pare chwil a czuc jakas dobrą energie wyłażącą z kazdego zakątka. Tak… Estonia urzekła nas od pierwszego wejrzenia.

Dominującymi wszedzie kolorami jest niebieski, zielony, czarny i biały. Inne wystepuja niezmiernie rzadko. Ciekawie wyglada na tym tle ich flaga, z ktorej tylko zielen zabrali (moze to wersja zimowa?)

Mijamy zarośniety drewniany dworek. Wyglada na opuszczony. Gdy podchodze jednak blizej nie mam pewnosci. Niby schodki zawalone ale okienko… Okienko mi jakos wyglada podejrzanie.. Nie wchodze do srodka. Nie sprawdzilam jeszcze w rozmówkach jak jest “dzien dobry”. Jak wleze na kogos to bedzie glupio. Co powiem? “Yyyyyyy??”



Malutka cerkiewka gdzies po drodze.


Nie chce sie nam dzis jechac gdzies daleko. W koncu mamy wakacje. Pospiech zawsze to zło, a w wakacje w szczegolnosci. Zajezdzamy na jedno pierwszych od tej strony biwakowisk RMK. Połozone jest wsrod sosen i piachu wydm. Jest tu zakaz palenia ognisk, ale taki zakaz potrafie łyknąć i co najwazniejsze - grzecznie przestrzegac. Sa pobudowane metalowe kominki - i ogien nalezy palic tylko tam.





Kazdy kominek ma ruchomy ruszt, zachęcający do gotowania i pieczenia na ognisku.




Gdzieniegdzie w lesie czają sie tez wiaty.


Jest hydrant z wodą. Nie omieszkam wiec zrobic prania.




Jest kibelek, ktory jest jakims dziwnym mixem wychodka i tojtoja.




Wyglada jak klasyczna, wiejska, drewniana slawojka, ale jak zajrzec do dziury to wyglada nie jak szambo ale jakis zamkniety zbiornik. Ale bardzo głeboki wiec nie ma problemow jak w tojkach, ze grubsza potrzeba moze oznaczac ochlapanie całych pleców…

Do plazy mamy 5 metrow ;)



Morze jest tu płytkie i ciepłe jak zupa. Tak… Bałtyk mówili, zimne północne kraje, mówili… Wgłab morza mozna iść chyba z kilometr i woda jest w porywach do kupra. Zeby sie wykąpac trzeba sie polozyc na dnie. Toperz sie śmieje, zebym skoczyła do Finlandii po pocztowki. (mniej wiecej w srodku zdjecia widac bube stojącą w wodzie po kolana)


Dno jest całe pomarszczone, uformowane sa z piasku karbowane falki. Sa twarde jak diabli, łażąc dłużej mozna sobie odbic stopy, jakby chodzic po tarce z betonu!



O plazy mozna zdecydowanie powiedziec, ze nie jest monotonna. Wala sie sporo kamulców wielkosci wszelakiej.



Sa rozlewiska, półwyspy, zatoczki, malenkie wysepki.







Sa tez jeziorka, rozlewiska albo ślady po takowych, ktore juz wyschły.





Rozlewiska sa zarastane przez rozniste glony albo inne podobne żyjątka o barwie czarnej, zielonej lub rdzawej.




Sporo jest tez glonow czerwonych. Wtedy nawet woda nabiera czerwonego koloru. I w tych miejscach woda jest wręcz gorąca, jak z ciepłego źródła. Malownicze to jest bardzo, ale tez jakies nieziemskie wiec stamtad spierniczam i kolejne czerwone jeziorka staram sie omijać.




Wiele miejsc wyglada jak siatka maskująca! :D






Siatka maskująca na moment pierwszych opadów sniegu ;)


Co ciekawe muszelek i bursztynow brak. Do podziwiania sa za to inne rzeczy wyrzucone na brzeg.




Piaskowe desenie...






Odcisk czegos… jakiegos liscia?



To sie ruszało. Jakby oddychało albo pulsowało? Albo mi sie w oczach juz mieliło od tego patrzenia w fale pląsające na tle karbowanej tarki?


A w tym bylo cos naprawde przerażającego! Jakby zatopiona w paisku mumia, probujaca sie wydostac. A patrzac inaczej moze nora jakiegos pająka?



Takie trzy stopki tu byly!


Wieczor mija nam na napawaniu sie biwakowaniem i błogim lenistwie.







Wracamy jeszcze na plaze na zachod slonca. Jest dziwny. Słonce jakos rozlewa sie po niebie. Jego ksztalt jest jakis pląsający. Wyglada troche jak klepsydra. Chwile pozniej jak hantla. A moze tu sa dwa takowe? Kurde, mozna sobie wrozyc ze słonca jak z wosku na Andrzejki! :)






Porankiem ide do kibelka. I chyba trace okazje na interes zycia. Mijają mnie Holendrzy w kamperze przerobionym chyba z ziła albo innej brzuchatej, starej ciezarowki. Pytaja czy tu mozna biwakowac i komu trzeba zapłacic. No i powiedzialam prawde… Zamiast wołac za nimi “Mnie! Mnie sie placi! 100 euro!”. Holendrzy podziekowali, ale w bezpłatnosc biwaku nie uwierzyli. Albo uznali, ze nie zrozumialam o co pytali? Pojechali dalej i za chwile znowu o cos rozpytywali przy rozlozonych przy plazy namiotach….

cdn