sobota, 24 września 2016

Czas nie goni nas cz.1 - Slowacja, Węgry

Ruszamy w poniedzialek, aby przez Polske jechac z dala od weekendu. Mamy dzis w planach dojechac w Beskid Niski (pobyt tam opisany w osobnej relacji "Przejazdem przez Beskid Niski"). Na wysokosci Czeladzi skodusia odmawia dalszej wspolpracy, gasnie i nie chce zapalic. No niezle jak na samochod ktory ma w najblizszym czasie przejechac przynajmniej 5 tys km ;) Najblizszy mechanik (przy drodze 94 gdzie stanelismy) mowi nam ze ma nas gdzies bo od jutra maja urlop wiec i dzis nikomu nie pomoga, nawet nie racza spojrzec by zdiagnozowac problem i mamy spadac. Konkurencji oczywiscie nie poleci i mamy sobie sami szukac w okolicy bo “on nie zna innych mechanikow w Czeladzi”. Smutno sie robi w takich chwilach po niezwykle sympatycznych doswiadczeniach z mechanikami w innych krajach.. Za kladka jest kolejny zaklad ale zajmuja sie tylko blacharstwem wiec nasz problem nie lezy w zakresie ich kompetencji. Jednoczesnie sa bardzo mili i dokladnie tlumacza jak dojsc do innych mechanikow na terenie miasta ktory zajmuja sie elektryka. Kolejny mijany zaklad jest dziwny. Szef, z ktorym mamy okazje gadac, to na mechanika nie wyglada- czarne odprasowane gacie, blyszczace buty i czyste łapy, wogole jakies wypicowane biuro. Gdzie mysmy trafili? Na dodatek mowia ze na skodusie to moga spojrzec za tydzien, jak dobrze pojdzie. Dopiero w czwartym miejscu, na ulicy Sadowej spotykamy osobe mila, kompetentna i gotowa sie podjac naprawy. Gosc zapuszcza zurawia pod maske i diagnoza brzmi o zdechlym alternatorze. Aby przywiesc skodusie na miejsce korzystamy z pomocy taksowkarza bo nikt inny nie ma mozliwosci nas doholowac, a na pchanie Czeladz jest zbyt pagorkowata. Na postoju taksowek po raz pierwszy trafiamy na osobe taksówkarki. W samochodzie siedzi wesola babuszka :) Jakos wczesniej spotykalismy w tym zawodzie wylacznie mezczyzn. Odwiedzamy jeszcze skup zlomu gdzie za niewielkie pieniadze nabywamy potrzebna do wmontowania czesc, ktora wyglada jak nowa.
Gdy ekipa ze zlomowiska slyszy o naszych planach wakacyjnych- proponuje zakup przyczepki i drugiej skodusi rozebranej na czesci pierwsze, bo szlag wie co moze sie przydac w krajach gdzie skodusie nie wystepuja? Mechanik mowi ze za godzine bedzie gotowe. Idziemy zwiedzac okoliczne osiedle ktore jest dosc przyjemne jak na polskie warunki tzn zielone i przestronne. Tu kabaczek zalicza pierwsza hustawke na trasie i probuje podrywac o rok starszego Stefanka, niestety bezskutecznie bo chlopiec jest niesmialy i natychmiast ucieka babci na rece.
Jak sie potem okazuje byla to jedyna skodusiowa awaria na calej naszej trasie. Potem suniemy z ominieciem Krakowa i autostrady wiec udaje sie nie wpakowac w zaden korek i tylko dwa razy miec tira wjezdzajacego w bagaznik. Polske opuszczamy przez Barwinek. Nad zalewem Velka Domasa widzimy fajne kempingi, mignal nam nam tam jakis szkielet ciezarowki czy autobusu, na innym domki do wynajecia o wygladzie blaszanych kontenerkow. W Novej Kelcy na polwyspie stoi samotny kosciol o ciekawej bryle. Wyglada jak jedyna pozostalosc jakiejs dawnej wsi zalanej wodami sztucznego jeziora.
Na Wegry wjezdzamy w Satoraljaujhely, gdzie przy stacyjce stoi duzo opuszczonych pociagow.
W Sarospatak szukajac kibelka na nadrzecznych walach udaje mi sie wypatrzec zamek.
Noclegu planujemy szukac przy ktoryms z promow w widlach rzek Bodrog i Tisza. Wogole mam jakas dziwna mape- jest usiana znaczkami kilkudziesieciu promow na bocznych drogach. Jak pozniej pokazuje rzeczywistosc ¾ z tych promow i drog nie istnieje. Czy kiedys byly i je zamknieto czy to tylko bujna wyobraznia kartografa? Tym samym upada nasz plan kilkudniowego jezdzenia wegierskimi promami.. Chocby tu, w najblizszej okolicy z 6 znaczonych promow jest jeden- na trasie Kenezlo- Balsa. Do reszty wogole ciezko dojechac do rzek, za wsiami Viss, Zalkod, Gyorgytario drogi rozplywaja sie w chaszczach. Postawione gdzieniegdzie tablice z mapami dla kajakarzy potwierdzaja ze moja mapa jest wyssana z palca. (Węgry Express Maps, taka z papryczkami na okladce) W koncu stajemy za Viss, tam gdzie sie konczy skodusioprzejezdzna droga nad rozlewiskami starorzecza. Woda jest tu ciepla jak zupa i mocno zakwitla. Kapiel w niej nie przyniesie ochlody po upalnym dniu a zapewnie wyjdziemy tez brudniejsi niz przed kapiela. Przez caly dzien jest dosc nieprzyjemny upal, ciezki, lepki i duszny. Obiektywnie wcale nie jest tak goraco, nie ma chyba nawet 30 stopni ale nie ma czym oddychac a czlowiek sie czuje jakby go oblepiala lepka i goraca maz. Jestesmy prawie pewni ze wieczorem bedzie burza. Burzy jednak nie ma, ani dzis ani w kolejne dnie. Bezburzowa duchota bedzie nam towarzyszyc przez wieksza czesc wyjazdu. Wilgotny upal w czasie ktorego nie chce schnac pranie. Dziwne to tegoroczne lato. Niby suche bo bezdeszczowe ale z powietrzem przesianym wilgocia jak gdzies w tropikach. Wieczorem nad starorzeczem gromadzi sie sporo rybakow i gzow. Noc jest ciepla, pelna spiewu ptactwa i pluskania wodnych stworzen.
Tisze przekraczamy pomiedzy Kenezlo a Balsa. Oprocz nas przeprawia sie tez babka z dwojgiem dzieci, ktorzy przyjechali tu na wycieczke a glowna atrakcja programu jest wozenie sie promami tam i spowrotem. Madre dzieciaki! Co prom to prom! :)
Dzisiejszy prom, podobnie jak ten ktory widzielismy w majowke, jest udekorowany skrzynkami pelnymi kwiatow. Mile ze komus sie chce :)
Kwiatki wieszaja tu tez na wiejskich latarniach!
Miedzy Balsa a Rakamaz napotykamy na zadzewiala lodke. Stoi na jakims zarosnietym placyku, z dala od wody. Jakby sobie tu wylądowala.
W miasteczku Neiregyhaza sa rozne stare mozaiki i plaskorzezby zdobiace od lat elewacje budynkow. Tu jakas biblioteka,
a tu fabryka.
Granice z Rumunia przejezdzamy miedzy Vallaj a Carei. Wiecej zdjec https://goo.gl/photos/jrzLmRg5ugwRsgFf9 cdn

piątek, 23 września 2016

Bałkańska majówka cz.10, Macedonia, Serbia, powrót

Droga z przeleczy do Korczy okazuje sie miec nawierzchnie tego rodzaju ze rozwiniecie predkosci powyzej 30 km/h jest niemozliwe. Wiec sobie pelzniemy :)
Choc z niektorymi ograniczeniami to chyba przesadzaja jednak…
W mijanych wsiach jest moda aby jedno z pieter domu bylo przewiewne i przeznaczone na skladzik.
Dzis mamy w planie opuscic juz Albanie i kierujemy sie w strone granicy z Macedonia. Co chwile otwieraja sie malownicze widoczki na jezioro Prespanskie.
W rejonie mijamy duzo pojazdow zaprzegowych i podrozujacych wierzchem, konno lub oślo. Zdarzaja sie rowniez riksze towarowe.
Jest tez zolw pelzajacy po szosie. A ja sie nic nie ucze. Znow wzielam go do łapy i znow mnie obsikal… :(
Granica macedonska jest jedyna na naszej trasie gdzie dokladnie lustruja nam bagaznik, rowniez dachowy. Dalej jedziemy droga miedzy jeziorem Prespanskim a Ochrydzkim. Zapewne jest to bardzo widokowa trasa gdyby dopisywala pogoda. Dzis krajobrazy sa oglednie mowiac srednie.
Glowna droga przez Macedonie na trasie Ochrid, Kiczewo, Zajas jest dosyc monotonna- oble wzgorza porosniete gestym lisciastym lasem, wygladajace dosc niedzwiedziowo. Sporo gorek jest zrytych ogromnymi kamieniolomami o barwie ciemnej cegly. Wogole ziemia tu w rejonie wyglada wypisz wymaluj jak pod Nowa Ruda. W rejonie Kiczewa i Zajasu (Zajasa?) pojawia sie duzo meczetow i albanskich flag. Flagi sa rowniez malowane na mostach, slupach, przystankach autobusowych. Widac ze mieszkajaca tu albanska mniejszosc bardzo chce podkreslic swoja odrebnosc.
Wypatrzona na mapie przelecz Straza okazuje sie nieprzydatna noclegowo, jest cala zarosnieta stacjami benzynowymi, knajpami i hotelami. Zaczyna padac, a znad okolicznch gor unosza sie mgly. Nie pada nawet mocno ale caly swiat jest przesiakniety wilgocia.
W zapadajacym zmierzchu trafiamy do wsi Mavrovo nad jeziorem o tej samej nazwie. Biwak stawiamy na trawiastym, nieco zasmieconym brzegu jeziora. Chyba to jedno z niewielu takich miejsc, brzegi pokrywa albo kozuch roslinnosci albo zabudowa kurortowa, o tej porze roku sprawiajaca wrazenie opuszczonej.
Rano kabaczę dostaje glupawki i chyba godzine z chichotem dokazuje po namiocie. Najbardziej cieszy ją podskakiwanie na dmuchanym materacu jak na trampolinie, szeleszczenie spiworem, albo proba wejscia pod karimate.
Dzis odnajdujemy glowny cel macedonskiej trasy- zatopiony kosciolek! Stan wody jest bardzo wysoki w porownaniu do zdjec kosciolka sprzed kilku lat gdzie wrecz dalo sie dojsc sucha stopa i zajrzec do srodka
Nieopodal zwraca uwage orginalny plot- chyba ktos zlikwidowal wypozyczalnie nart ;)
Poza tym we wsi jest jeszcze pomnik w klimatach socrealizmu- koles o wielkich stopach ze swidrem w łapach.
Kolejny dzien to zapychanie przez Serbie glownymi drogami na polnoc, caly czas w ulewnym deszczu. Na jednej ze stacji benzynowych parkuje kolo nas bus na macedonskich blachach. W srodku siedzi jakas grupa ludzi o kolorze skory zdecydowanie innym niz te spotykane zazwyczaj na Balkanach. Do szyb przyklejaja sie dzieciaki, rozplaszczaja sobie nosy, zza firanek łypia faceci. Nie, nie spojrza- gapia sie jak wół na malowane wrota. W tym wzroku jest cos takiego cyganskiego, jakby taksujacego, jakby oceniajcego. Bardzo mi sie ten bus nie podoba wiec gdy toperz idzie zaplacic za benzyne natychmiast zamykam od srodka wszystkie drzwi. Gdy tylko toperz niknie za zakretem wysiada dwoch gosci i zaczyna szarpac za klamke skodusi. Chyba ich troche zaskoczylo ze zamkniete. Cos sie naradzaja. Przez odkrecona pol centymetra szybke pytam o co chodzi. Łamanym angielskim mowia ze chcieli tylko o cos spytac. Gdy toperz pojawia sie na horyzoncie pospiesznie oddalaja sie i nikna w zatloczonym busie. Bylo to drugie miejsce (po nadmorskim Szengjin z polnocnej Albanii) gdzie spotkalam ludzi o szarych twarzach. Nie Murzynow, nie mulatow, nie ludzi o urodzie kaukaskiej czy srodziemnomorskiej, nie przypominalo to Zydow czy Iranczykow. Kolor ich twarzy byl szary, nie czarny, brazowy czy sniady.. Nie wiem skad pochodza szarzy ludzie. Ale mam nadzieje ze nigdy wiecej ich nie spotkam. Na obrzezach Belgradu zastaje nas zmierzch. Deszcz zaczyna przypominac wodospad. Probujemy jechac za tablicami na Nowy Sad, albo “tranzyt”. Wycieraczki nie daja rady zbierac wody. Zza sciany deszczu nie widac juz tablic. Na kolejnych i kolejnych rondach i rozjazdach skrecamy losowo. Czy nie jezdzimy w kolko? nie wiem. Wszedzie jest tak samo, rozblyski reflektorow dziesiatkow i setek aut, zabudowa przedmiesc i woda, woda, tysiace i miliony litrow wody. Nie ma szans na fajny biwak, nie ma szans na wyjechanie z tego zakichanego miasta, zaraz nam jeszcze cos w dupe wjedzie bo mimo sliskiej nawierzchni ciagle mamy kogos w bagazniku. Na nocleg zatrzymujemy sie w obiekcie zwanym Villa Vertigo. Nie nalezy on do obiektow noclegowych jakie lubie najbardziej - ale jest. I jest tam sucho. I nie ma tam ludzi o szarych mordach..
Ranek okazuje sie pogodny. Wsrod ogromnych wszechobecnych kaluz opuszczamy juz bez problemow Belgrad. W czasie jazdy skodusia zaczyna piszczec i zgrzytac na piatym biegu. Toperz podejrzewa ucieczke oleju ze skrzyni biegow wiec szukamy mechanika. Pada na miasteczko Temerin. W pierwszym zakladzie mechanicznym nie m szefa, jest tylko dwoch podrostkow z ktorymi nie udaje sie porozumiec. W drugim zajmuja sie tylko ogumieniem i juz jakis gosc biegnie z wezem aby dopompowac kola. W trzecim udaje sie i wylozenie sprawy nie nastrecza trudnosci. Mechanik postanawia sie przejechac skodusia aby naocznie (a raczej tu nausznie) zdiagnozowac problem. Slychac dokladnie. Sprawdza olej- jest. Tylko ze jest juz gesty i calkiem srebrny. Ponoc to znaczy ze metal sie sciera i przechodzi do oleju. Wiec raczej niedobrze. Piątke juz ponoc calkiem szlag trafil ale pozostaje biegi dzialaja dobrze. Mechanik poleca nam jechac nie szybciej niz 70 km/h i co dwie godziny stanac na dluzej by ochlodzic i dac odpoczac calosci. Tym sposobem mamy duza szanse dojechac do Polski. A w domu warto pomyslec o nowej skrzyni. Na tej naszej jezdzimy juz 7 lat. Tak, to ta ktora zbieralismy z drogi pod Osmołoda a potem byla spawana przez Walerke. Ta sama. Jezdzila bezawaryjne, az do dzis. Wiec chyba i tak nie mamy na co narzekac. Gosc za poswiecony czas i obejrzenie skodusi nie chce zadnej zaplaty, opowiada za to toperzowi o swoich dwoch malych synkach i bracie ktory gdzies sluzy w wojsku i nosi takie same ciapkowane gacie jak toperz.
Toczymy sie wiec autostrada w porywach siedemdziesiatka, wyprzedzaja nas ciezarowki i pordzewiale zastawy. Osly i riksze nas nie wyprzedzaja ale pewnie tylko dlatego ze ich tu nie ma. Czujemy sie jak niegdys w iranskim tirze wypelnionym betonem, ktory jechal, jechal a licznik kilometrow stal w miejscu. Jedynie przesuwajace sie drzewa na poboczu sugerowaly ze jednak wykonujemy jakis ruch. Podczas gdy skodusia odpoczywa - żenska czesc ekipy majówkowej wygrzewa sie na Miśku :)
Na Wegrzech chcemy spac w opuszczonym poradzieckim miescie kolo Kumnadoras, ale mimo ladnego widoku przez pola na opuszczone bloki teren jest zamkniety i czesciowo uzytkowany. Moze da rade dojsc przez chaszcze od tylu jak do łotewskiej Skrundy i zwiedzic ale na nocleg, zwlaszcza z autami to raczej odpada. Pozostaje nam wiec znow szukac miejsca pod namiot kolo promu, tym razem na rzece Tisza, miedzy Arokto a Tiszasege.
Sam prom jest ciekawy - ma kolo z łopatkami ktore mieli wode i jest ozdobiony skrzynkami z kwiatkami.
Kiedys byl mocowany na linach- teraz chyba od tego odeszli bo wszedzie leza rozrzucone, juz lekko wrosniete w ziemie sznury..
Po drodze kilkakrotnie mijalismy napisy w dziwnej czcionce
W slowackiej Niznej Slanie odwiedzamy jeszcze ruiny poprzemyslowe, acz nie wszedzie daje rade wejsc bo czesc obiektu jest chroniona a w czesci Cyganie pozyskuja jakies materialy wtorne i ich starszyzna uwaza obiekt za “swoj”. Jeden mlodszy Cygan chce od nas kupic skodusie. Przypomina mi sie dowcip pt: “Jak Cygan kupowal sierp” wiec raczej sie oddalamy dziekujac odmownie za proby transakcji ;)
I tak kolejna majowka dobiegla konca...