Poranek wita nas pogodny a i miejsce noclegowe nie jest takie złe jak sie wydawalo. Wokol gory, w dole szumi rzeka, calkiem mily placyk. A i szosa obok dzis jakos jest mniej ruchliwa.
Wracamy do Borzomi szukac sklepu bo konczy nam sie woda, zarcie i pieluchy. A mamy plan kilka dni powloczyc sie tu zadupiami. W centrum zwraca uwage plaskorzezba z charakterystycznym symbolem- acz narzędzia sa tu osobno ;)
Za kladka znajduje sie dawne sanatorium, podobnie jak te z Ckaltubo przeksztalcone w mieszkania dla uchodzcow. Czesc budynku jest mocno okopcona, nie wiem czy sie paliło, czy to tylko sadza z wyziewow piecykow? Co ciekawe, zwykłe bloki rzadko sa okopcone- a miejsca gdzie osiedlili sie uchodzcy- zawsze. Inne ogrzewanie? A raczej jego brak?
Malunek na budynku przysanatoryjnym przedstawia rozne scenki rodzajowe z zycia Gruzji- miasto, wies, zniwa, wino, hodowle zwierzat, transport od furmanki po samoloty, sport, muzyke a i jakas wieza obronna sie załapala!
Lokalny przystanek jak twierdza! :)
Mostek bujany na obrzezach miasta.
Gdy znow odkrecamy w strone Achalcyche, na obrzezach miasta rzuca sie nam w oczy pewien budynek. Niby nic ciekawego, jakis opuszczony pietrowy klocek- ale dykta, ktorą jest zatkane jedno z okien przyciaga uwage! Hmmm.. zwykle sierp z tego symbolu chyba nie mial piłki? ;)
Dykta okienna sugeruje to, ze w srodku tez moze byc troche porzuconych skarbow. Wejscie do budynku nie jest łatwe- gruzinskie jeżyny sa tysiac razy bardziej zjadliwe od polskich a kolce to maja na centymetr i wyrywaja cale płaty miesa! W koncu udaje sie dostac do jednego z okien. Srodek budynku mocno rozszabrowany- acz udaje sie znalezc spory plik legitymacji partyjnych (wraz z wlepkami oplaconych skladek! :) )
Sa tez obrazki dla obrony cywilnej w przypadku skazen radioaktywnych, chemicznych czy innych katastrof
Mozna tez sie oddac lekturze gazet z 1985 roku. Kazda z nich ma małą gruzinska wstawke kolo nazwy gazety. Mozna poczytac o zyciorysach kosmonautow, tkibulskich kopalniach albo zmaganiach kachetyjskich kombajnistow ze zniwami ;)
Potem suniemy nad rzeke- trzeba umyc nas, zrobic pranie i wyczyscic pozyskane w ruinach łupy! Na chwile obecna tylko kabaczę jest czyste, bo ją rano wyszorowalismy w resztce wody mineralnej ;) Znajdujemy dogodny zjazd nad rzeke. Godzine nam tu schodzi. A moze dwie? Fajnie jest nie musiec liczyc czasu! :)
Jest tez ukryty w lasku pomnik jelenia. Kto? Czemu? Po co? Kiedys byla chyba jakas tablica ale okaza sie mnie trwala niz sama rzezba...
Zaraz za Borzomi idziemy tez nacieszyc sie kładkami. Kładki bujane to taka wielka moja sympatia, strasznie lubie ten rodzaj mostkow i nie moge sobie odmowic radosci pospacerowania po kazdej napotkanej. Ta jest solidna- nawet auta po niej jezdza!
Druga raczej tylko dla ruchu pieszego.
Za kladka stoja sobie wagony, rdzewieja i sie rozpadaja. Tzn. wiekszosc juz sie rozpadla albo ktos im pomogl ;)
Na mojej mapie miedzy Borżomi a Ackuri mam znaczone 4 twierdze: Gogia, Petre, Slesi i Mokcewi. Udaje sie znalezc tylko tą ostatnia. Wiec albo cos nie tak z mapą, albo z nami, albo z twierdzami ;)
Na dluzej zatrzymujemy w rejonie twierdzy Mokcewi. Tu tez mamy swoja kladke, ktora malo kto chodzi wiec sobie mozemy spokojnie na niej posiedziec i pogapic sie w brunatne wzburzone dosc nurty rzeki.
Idziemy tez pozwiedzac twierdze, ktorą tworza dwie baszty z resztka murow przyklejone do dwoch skalistych pobliskich pagorow. Wspinamy sie w gore pachnącą ziolami łąką, pelna suchorosli i kolczastych roslin. I wreszcie ten wiatr! I weszcie nie ma duchoty! I przyroda stepowa a nie dżunglowa! Macierzanka i osty zamiast palm i bananowcow! Wreszcie moja ukochana Dżawachetia! Chyba jednak ten region jest nie do pobicia! Zachodnia Gruzja moze i ma swoj urok i ladne zakątki, ale jakos nie urzekła mnie az tak bardzo. Jakos tu czuje sie duzo lepiej. Strasznie sie ciesze, ze znow tu wrocilismy i teraz na spokojnie bedzie mozna sie nacieszyc regionem i zajrzec w kazdy zaułek!
Na nocleg wybieramy takie miejsce, zeby bylo widac i twierdze, i kładke, i kolejowy tunel. I zeby nas nie bylo widac z glownej drogi. Wieczorem mijaja nas pasterze na koniach gnajacy przed soba stadko krow. Fajnie skrzypi kładka gdy mućki przez nia ida.. Ciemnawo juz.. Zdjecie nie wyjdzie..ech.. Zeby one tak za dnia zechcialy isc! Potem mija nas biala niwa- kilku chlopakow wraca z imprezy “na przyrodzie”. Jedni i drudzy cos zagaduja, gadamy, smiejemy sie, zyczymy milej nocy. Jeden z pasterzy malo nie spada z konia tak dlugo sie odwraca i do nas macha. Czy tylko mnie sie wydaje, ze w tym “wojewodztwie” jakos wszystko i wszyscy sa sympatyczniejsi niz w reszcie kraju?
Dosc dlugo siedzimy patrzac w rozgwiezdzone niebo, sluchajac chórów cykad i zastanawiajac sie czy w tym roku uslyszymy odglosy szakali. Na wszelki wypadek pranie chowam do skodusi. Takie rozne lisowato-stepowe stworzenia lubia wciąć gacie na podwieczorek.
A rano mila niespodzianka! Krowy znow pokonuja kładke! I co ciekawe- tu znow normalnie chodza same krowy i cielęta, bykow brak..
A z jednej z wiez przyglada nam sie ptaszor. Troche patrzy na nas jak na posiłek….
cdn
bubabar
środa, 7 grudnia 2016
wtorek, 6 grudnia 2016
Czas nie goni nas cz.39 - Gruzja, na trasie przez Zestaponi, Kaszuri, Borżomi...
Z milych sielskich okolic wjezdzamy na obrzydliwie ruchliwa,przeładowana i nerwowa droge wschod-zachod, łączaca Kutaisi z Tbilisi, gdzie jedzie sie fatalnie.. A moze to my odwyklismy od takich miejsc włóczac sie krętymi, pylistymi traktami gdzie pierwszenstwo zawsze maja koty, kury i prosiaki? Przy drodze tej kwitnie handel, glownie sprzedaja slodkie chlebki pieczone na miejscu
Mozna tez zakupic gotujace sie w wielkich garach kukurydze.
To sie nazywa wolny rynek- chcesz to budujesz z kamieni przy drodze minigrila, rozpalasz ognicho, stawiasz gar i handlujesz! :) U nas wszyscy wyznawcy “europejskosci”- standardow, sterylnosci i porzadku zeszli by na zawał na sama mysl… Wyobrazam sobie takie stoiska np. przy drodze nr 94 Oława- Wrocław- ale by bylo fajnie!!! :D
Gdzies przy tej ruchliwej drodze jest tunel trasy alternatywnej. Wyglada jakby kiedys chcieli tedy puscic nitke glownej szosy ale potem sie plany odmienily. Tunel nie jest dlugi i jest praktycznie skonczony- swobodnie mozna by go pokonac nawet skodusia. Na nocleg mamy dzis fajny plan (a przynajmniej tak nam sie poki co wydaje ;) ). Glowna droga przebija sie tunelem na wschod. Wjazd do tunelu... Dawniej, gdy tunelu jeszcze nie bylo, droga wspinala sie na przełecz Rikoti. W lewo odbija zapomniana droga, ktora potem jakby wiaduktem przewala sie na prawa strone. Mozna wiec sie zmylic- bo z mapy wynika, ze trzeba skrecic w prawo. Teraz przelecz powinna byc spokojna, skoro caly zwariowany ruch idzie dołem. Wyobrazamy sobie widokowe, ciche miejsce idealne na nasz namiocik i ognicho wsrod gor.. W pewnym sensie nasze wizje nie byly pozbawione racji- jadac przez przelecz nie minelo nas zadne auto, motor, rower, fura- nic.. Tylko my i serpentynu calkiem dobrego asfaltu. Na pierwszy rzut oka przelecz nam sie nawet podoba. Ladne widoki i rozsiane budyneczki opuszczonych knajp. Jadlodajnie czy zajazdy staly sie niepotrzebne od kiedy ruch poszedl innym nurtem.. Chwile pozniej zaczynamy dostrzegac inne cechy tego miejsca. W jednej z opuszczonych knajp mam wrazenie jakby tu byli ludzie tylko wlasnie znikneli. Na stole stoi napoczeta flaszka, popiol w kominku jest jeszcze cieply. Pod sciana stoi jakas walizka.. Porzadne drzwi zamykane na skobel prowadza do pomieszczenia z pryczami na ktorych leżą koce. Nieopodal w lasku stoi bus. Z wybitymi szybami i lekko napoczetym silnikiem. Wygieta jakby łomem klapa lekko swiszcze na wietrze. Ale to nie jest wrak. Opony napompowane, ogolnie w dobrym stanie.. Nie stoi tu od dawna, nie nadgryzla go rdza. Stoi pod sosnami- a na masce czy szybach igliwia jest niewiele wiecej niz na skodusi, ktora przyjechala 10 minut temu! Mila atmosfera dzikiej przeleczy zaczyna sie powoli ulatniac.. A z kolejnymi odkryciami owo ulatnianie zaczyna nabierac predkosci… Wokol nas zaczynaja wloczyc sie psy. Sztuk chyba z 8. Psy sredniej wielkosci, nieagresywne, ale jakos coraz mniejsze kółka zaczynaja robic wokol skodusi. Wszystkie psy sa jakies chore i sparszywiale. Jeden ma niesamowicie krzywe przednie łapy- łukowato wygiete, pies nie idzie na łapach tylko na czyms co z zalozenia mialo byc piszczelem, a łapy zwisaja z boku. Drugi ma strasznie zaropiałe oko z jakims guzem, juz nawet ciezko stwierdzic gdzie jest oko a gdzie go nie ma... Trzeci ma liszaj na pol plecow, brak siersci i pękniecia skory az do kosci. Az dziwne, ze wogole zyje w takim stanie. Czwarty chodzi bokiem i wstrzasaja nim drgawki. W rowie lezy jakis pies, ktory chcialby dołączyc do pozostalych, ale nie bardzo moze bo przednia czesc psa chce isc a tylna postanawia dalej lezec i nie rusza sie z miejsca. Psa to widac irytuje bo probuje ciagnac za soba tylna czesc, ale jakos nie bardzo mu to wychodzi, wiec sprawa konczy sie tylko nieziemskim skowytem od ktorego az przebiega po plecach dreszcz.. Mysl o tym, ze za chwile zapadnie zmrok i wsrod ciemnosci znow uslyszymy taki dzwiek, nie nalezy do przyjemnych. Pomysł, ze te zwierzaki zaczna sie ocierac o namiot czy skodusie- rowniez. Kątem oka dostrzegam jakas przebiegajaca postac. Jakby ktos wybiegl z lasu i schowal sie za knajpami. Nieee.. Chyba musialo mi sie zdawac. Ja kątem oka nieraz widze rzeczy ktorych nie ma. Juz na tym etapie jestesmy zdecydowani jechac dalej i tu nie spac. Chcemy jeszcze tylko obejrzec dawna knajpe, taka stylizowana na swanska wieze obronna. Mimo, ze nie jest tam daleko podjezdzamy skodusia. Za wieżą jest troche krzakow, jakies murki. Wcisniety pomiedzy krzaki i murki, scisle przytulony do wiezy stoi samochod. Mercedes, lokalne blachy, wylaczony silnik. Dokladnie widac, ze ten samochod nie jest zaparkowany- on jest schowany. Z drogi albo przechodzac obok nie ma szans go zobaczyc. W srodku ktos siedzi. Tak jakby za kierownica. Nie odwraca jednak glowy gdy wjechalismy za wieze. Musial slyszec silnik. Dalej twardo patrzy przed siebie tzn. w mur wiezy, ktory zaczyna sie kilka centymetrow przed maską. Znaczy udaje, ze go nie ma… Albo.. nie udaje… Nie wiem jakie predkosci skoda felicja jest w stanie osiagnac na wstecznym biegu- ale podejrzewam, ze calkiem spore! ;) Upewniwszy sie, ze mercedes- widmo za nami nie podąża, juz na spokojnie ale konsekwentnie oddalamy sie z owianej dosc szczegolna atmosfera przeleczy Rikoti.. Dziwne miejsce- jakby zapomniane, ale jakby nie przez wszystkich. Jak zwykle w takich momentach zaczynamy snuc rozne przypuszczenia i wkrecac sobie rozne rzeczy. A moze to jest dyzurne miejsce na zalatwianie roznych ciemnych interesow? Bo nadaloby sie calkiem niezle- porzadne zadaszone budynki gdzie mozna wygodnie siasc i pogadac. Swiadkow malo, spokoj.. Kto przy zdrowych zmyslach by sie tu pchal i po co? Przejazd dolem szybszy, krotszy a tu nic nie ma… Jakos nie mamy ochoty spac nigdzie w poblizu, wogole przy tej drodze, mimo ze przy serpentynach zjazdowych jest kilka sympatycznych polanek. Jakos mamy potrzebe znalezc sie daleko stad.. Wjezdzamy znow na ta glowna ruchliwa droge.. Przy takiej drodze zwykle miejsca biwakowe nie rosna jak grzyby po deszczu. A pora na biwak robi sie bardzo odpowiednia, slonce schowalo sie juz za olesione pasma gor.. Moze jakis hotelik bedzie przy drodze, jakis sympatyczny zajazd? Ciezko jednak rozgladac sie na boki, obserwowac, oceniac i podejmowac szybkie decyzje o hamowaniu i zjezdzie w bok gdy co chwile ma sie na zderzaku trąbiacego tira.. Bo to nie jest droga zeby sie rozgladac , to jest droga zeby zapierdalac z klapkami na oczach.. Mijamy Surami, Kaszuri, Borżomi.. Jakis zamek calkiem ładny mignal nam na tle miasteczka… Ale nie zwiedzanie nam teraz w glowie.. Sciemnia sie, zaczyna lać.. Jestesmy strasznie zmeczeni. Kabak wyje.. Nie wiem jak to jest, ale malenstwo tak niesamowicie wyczuwa atmosfere chwili i nasze nastroje. Chocby nie wiem co sie nie dzialo, jak my jestesmy w dobrych humorach to i ona cieszy gębe i radosnie guga. Ale gdy tylko cos jest nie tak.. to ona musi dowalic jeszcze swoje od siebie.. Probuje ją nakarmic. Zawsze ladnie je w skodusi, rowniez w czasie jazdy. Oczywiscie nie dzisiaj. Nie chce jesc. Wypluwa cala kasze, wytrąca mi z reki miseczke.. jeszcze w taki sposob, ze udaje sie upaskudzic kaszą jej ubranko, fotelik, moje spodnie i caly tyl siedzenia kierowcy. My z toperzem nie jedlismy nic od sniadania. Jakos dopiero teraz sobie to uswiadamiamy, ze jestesmy tez wilczo glodni. Probuje tak na rozum zjesc ten slodki chlebek, ktory kupilismy przed tunelem. Ale jakos nie moge, kazdy kęs staje mi w gardle. Na dodatek znow boli mnie gardlo. Przeziebienie sprzed dwoch tygodni jednak nie ma ochoty mnie opuscic.. Chyba kazdy ma czasem w podrozy takie momenty, ze marzy o tym aby natychmiast znalezc sie w domu. By moc sie teleportowac i juz na zawsze wiesc spokojny los domatora. Ja zdecydowanie nieczesto mam takie momenty, ale teraz jest wlasnie jeden z nich..
Gdzies dobry kawalek za Borzomi zjezdzamy na lewo na blotnisty plac. Nie chcemy jechac juz dalej. Jeszcze tylko tego brakuje, zeby nam ktos teraz wjechal w tylek.. Poza tym szkoda tej drogi, ktora pamietam z okien marszrutki- byla piekna i ciekawa, a teraz tego zdecydowanie nie docenimy. Namiot stawiamy na przydroznym parkingu, gdzie unosi sie zapach miejskiego szaletu, a przejezdzajace auta, mimo ze sa daleko, oslepiaja nas reflektorami. Bo wlasnie tu jest zakret drogi a wszyscy oczywiscie walą na dlugich. Ale nam jest juz wszystko jedno. Toperz i kabak zasypiaja natychmiast. Ja nie moge zasnac. Wpadam w jakis dziwny stan, ze nie moge ani do konca zasnac ani sie obudzic. Takie pogranicze snu i jawy, przeplatane blyskami samochodowych swiatel. W koncu zasypiam, ale dręcza mnie koszmary. Takich upiornych snow chyba jeszcze nigdy nie mialam. W jednym z nich ide ulica podswietlona jakims seledynowym swiatlem. Co chwile odpada mi jakis kawalek ciała, to reka, to nos, to ucho, upada na asfalt i rozbryzguje sie jak szklo na tysiace kawalkow.. W drugim snie jestesmy wszyscy w trojke i wpadamy w jakas otchłan, w jakis jakby lej czy krater wulkanu. Toperz i kabak spadaja jednak szybciej i natychmiast nikna mi z oczu, nie moge ich dogonic.. Ja lece w ten dol jakos powoli i co chwile mijaja mnie inne spadajace postacie, glownie sa to dawno nie widziani znajomi… Az czasem mi dziwnie bo wrecz zapomnialam o ich istnieniu. Wiekszosc z nich cos do mnie mowi, ale nie slysze co, nie rozumiem slow, bo caly ten lej wypelnia szum… to chyba szumi rzeka Mtkvari, ktora plynie w dole, niedaleko za naszym namiotem..
cdn
Gdzies przy tej ruchliwej drodze jest tunel trasy alternatywnej. Wyglada jakby kiedys chcieli tedy puscic nitke glownej szosy ale potem sie plany odmienily. Tunel nie jest dlugi i jest praktycznie skonczony- swobodnie mozna by go pokonac nawet skodusia. Na nocleg mamy dzis fajny plan (a przynajmniej tak nam sie poki co wydaje ;) ). Glowna droga przebija sie tunelem na wschod. Wjazd do tunelu... Dawniej, gdy tunelu jeszcze nie bylo, droga wspinala sie na przełecz Rikoti. W lewo odbija zapomniana droga, ktora potem jakby wiaduktem przewala sie na prawa strone. Mozna wiec sie zmylic- bo z mapy wynika, ze trzeba skrecic w prawo. Teraz przelecz powinna byc spokojna, skoro caly zwariowany ruch idzie dołem. Wyobrazamy sobie widokowe, ciche miejsce idealne na nasz namiocik i ognicho wsrod gor.. W pewnym sensie nasze wizje nie byly pozbawione racji- jadac przez przelecz nie minelo nas zadne auto, motor, rower, fura- nic.. Tylko my i serpentynu calkiem dobrego asfaltu. Na pierwszy rzut oka przelecz nam sie nawet podoba. Ladne widoki i rozsiane budyneczki opuszczonych knajp. Jadlodajnie czy zajazdy staly sie niepotrzebne od kiedy ruch poszedl innym nurtem.. Chwile pozniej zaczynamy dostrzegac inne cechy tego miejsca. W jednej z opuszczonych knajp mam wrazenie jakby tu byli ludzie tylko wlasnie znikneli. Na stole stoi napoczeta flaszka, popiol w kominku jest jeszcze cieply. Pod sciana stoi jakas walizka.. Porzadne drzwi zamykane na skobel prowadza do pomieszczenia z pryczami na ktorych leżą koce. Nieopodal w lasku stoi bus. Z wybitymi szybami i lekko napoczetym silnikiem. Wygieta jakby łomem klapa lekko swiszcze na wietrze. Ale to nie jest wrak. Opony napompowane, ogolnie w dobrym stanie.. Nie stoi tu od dawna, nie nadgryzla go rdza. Stoi pod sosnami- a na masce czy szybach igliwia jest niewiele wiecej niz na skodusi, ktora przyjechala 10 minut temu! Mila atmosfera dzikiej przeleczy zaczyna sie powoli ulatniac.. A z kolejnymi odkryciami owo ulatnianie zaczyna nabierac predkosci… Wokol nas zaczynaja wloczyc sie psy. Sztuk chyba z 8. Psy sredniej wielkosci, nieagresywne, ale jakos coraz mniejsze kółka zaczynaja robic wokol skodusi. Wszystkie psy sa jakies chore i sparszywiale. Jeden ma niesamowicie krzywe przednie łapy- łukowato wygiete, pies nie idzie na łapach tylko na czyms co z zalozenia mialo byc piszczelem, a łapy zwisaja z boku. Drugi ma strasznie zaropiałe oko z jakims guzem, juz nawet ciezko stwierdzic gdzie jest oko a gdzie go nie ma... Trzeci ma liszaj na pol plecow, brak siersci i pękniecia skory az do kosci. Az dziwne, ze wogole zyje w takim stanie. Czwarty chodzi bokiem i wstrzasaja nim drgawki. W rowie lezy jakis pies, ktory chcialby dołączyc do pozostalych, ale nie bardzo moze bo przednia czesc psa chce isc a tylna postanawia dalej lezec i nie rusza sie z miejsca. Psa to widac irytuje bo probuje ciagnac za soba tylna czesc, ale jakos nie bardzo mu to wychodzi, wiec sprawa konczy sie tylko nieziemskim skowytem od ktorego az przebiega po plecach dreszcz.. Mysl o tym, ze za chwile zapadnie zmrok i wsrod ciemnosci znow uslyszymy taki dzwiek, nie nalezy do przyjemnych. Pomysł, ze te zwierzaki zaczna sie ocierac o namiot czy skodusie- rowniez. Kątem oka dostrzegam jakas przebiegajaca postac. Jakby ktos wybiegl z lasu i schowal sie za knajpami. Nieee.. Chyba musialo mi sie zdawac. Ja kątem oka nieraz widze rzeczy ktorych nie ma. Juz na tym etapie jestesmy zdecydowani jechac dalej i tu nie spac. Chcemy jeszcze tylko obejrzec dawna knajpe, taka stylizowana na swanska wieze obronna. Mimo, ze nie jest tam daleko podjezdzamy skodusia. Za wieżą jest troche krzakow, jakies murki. Wcisniety pomiedzy krzaki i murki, scisle przytulony do wiezy stoi samochod. Mercedes, lokalne blachy, wylaczony silnik. Dokladnie widac, ze ten samochod nie jest zaparkowany- on jest schowany. Z drogi albo przechodzac obok nie ma szans go zobaczyc. W srodku ktos siedzi. Tak jakby za kierownica. Nie odwraca jednak glowy gdy wjechalismy za wieze. Musial slyszec silnik. Dalej twardo patrzy przed siebie tzn. w mur wiezy, ktory zaczyna sie kilka centymetrow przed maską. Znaczy udaje, ze go nie ma… Albo.. nie udaje… Nie wiem jakie predkosci skoda felicja jest w stanie osiagnac na wstecznym biegu- ale podejrzewam, ze calkiem spore! ;) Upewniwszy sie, ze mercedes- widmo za nami nie podąża, juz na spokojnie ale konsekwentnie oddalamy sie z owianej dosc szczegolna atmosfera przeleczy Rikoti.. Dziwne miejsce- jakby zapomniane, ale jakby nie przez wszystkich. Jak zwykle w takich momentach zaczynamy snuc rozne przypuszczenia i wkrecac sobie rozne rzeczy. A moze to jest dyzurne miejsce na zalatwianie roznych ciemnych interesow? Bo nadaloby sie calkiem niezle- porzadne zadaszone budynki gdzie mozna wygodnie siasc i pogadac. Swiadkow malo, spokoj.. Kto przy zdrowych zmyslach by sie tu pchal i po co? Przejazd dolem szybszy, krotszy a tu nic nie ma… Jakos nie mamy ochoty spac nigdzie w poblizu, wogole przy tej drodze, mimo ze przy serpentynach zjazdowych jest kilka sympatycznych polanek. Jakos mamy potrzebe znalezc sie daleko stad.. Wjezdzamy znow na ta glowna ruchliwa droge.. Przy takiej drodze zwykle miejsca biwakowe nie rosna jak grzyby po deszczu. A pora na biwak robi sie bardzo odpowiednia, slonce schowalo sie juz za olesione pasma gor.. Moze jakis hotelik bedzie przy drodze, jakis sympatyczny zajazd? Ciezko jednak rozgladac sie na boki, obserwowac, oceniac i podejmowac szybkie decyzje o hamowaniu i zjezdzie w bok gdy co chwile ma sie na zderzaku trąbiacego tira.. Bo to nie jest droga zeby sie rozgladac , to jest droga zeby zapierdalac z klapkami na oczach.. Mijamy Surami, Kaszuri, Borżomi.. Jakis zamek calkiem ładny mignal nam na tle miasteczka… Ale nie zwiedzanie nam teraz w glowie.. Sciemnia sie, zaczyna lać.. Jestesmy strasznie zmeczeni. Kabak wyje.. Nie wiem jak to jest, ale malenstwo tak niesamowicie wyczuwa atmosfere chwili i nasze nastroje. Chocby nie wiem co sie nie dzialo, jak my jestesmy w dobrych humorach to i ona cieszy gębe i radosnie guga. Ale gdy tylko cos jest nie tak.. to ona musi dowalic jeszcze swoje od siebie.. Probuje ją nakarmic. Zawsze ladnie je w skodusi, rowniez w czasie jazdy. Oczywiscie nie dzisiaj. Nie chce jesc. Wypluwa cala kasze, wytrąca mi z reki miseczke.. jeszcze w taki sposob, ze udaje sie upaskudzic kaszą jej ubranko, fotelik, moje spodnie i caly tyl siedzenia kierowcy. My z toperzem nie jedlismy nic od sniadania. Jakos dopiero teraz sobie to uswiadamiamy, ze jestesmy tez wilczo glodni. Probuje tak na rozum zjesc ten slodki chlebek, ktory kupilismy przed tunelem. Ale jakos nie moge, kazdy kęs staje mi w gardle. Na dodatek znow boli mnie gardlo. Przeziebienie sprzed dwoch tygodni jednak nie ma ochoty mnie opuscic.. Chyba kazdy ma czasem w podrozy takie momenty, ze marzy o tym aby natychmiast znalezc sie w domu. By moc sie teleportowac i juz na zawsze wiesc spokojny los domatora. Ja zdecydowanie nieczesto mam takie momenty, ale teraz jest wlasnie jeden z nich..
Gdzies dobry kawalek za Borzomi zjezdzamy na lewo na blotnisty plac. Nie chcemy jechac juz dalej. Jeszcze tylko tego brakuje, zeby nam ktos teraz wjechal w tylek.. Poza tym szkoda tej drogi, ktora pamietam z okien marszrutki- byla piekna i ciekawa, a teraz tego zdecydowanie nie docenimy. Namiot stawiamy na przydroznym parkingu, gdzie unosi sie zapach miejskiego szaletu, a przejezdzajace auta, mimo ze sa daleko, oslepiaja nas reflektorami. Bo wlasnie tu jest zakret drogi a wszyscy oczywiscie walą na dlugich. Ale nam jest juz wszystko jedno. Toperz i kabak zasypiaja natychmiast. Ja nie moge zasnac. Wpadam w jakis dziwny stan, ze nie moge ani do konca zasnac ani sie obudzic. Takie pogranicze snu i jawy, przeplatane blyskami samochodowych swiatel. W koncu zasypiam, ale dręcza mnie koszmary. Takich upiornych snow chyba jeszcze nigdy nie mialam. W jednym z nich ide ulica podswietlona jakims seledynowym swiatlem. Co chwile odpada mi jakis kawalek ciała, to reka, to nos, to ucho, upada na asfalt i rozbryzguje sie jak szklo na tysiace kawalkow.. W drugim snie jestesmy wszyscy w trojke i wpadamy w jakas otchłan, w jakis jakby lej czy krater wulkanu. Toperz i kabak spadaja jednak szybciej i natychmiast nikna mi z oczu, nie moge ich dogonic.. Ja lece w ten dol jakos powoli i co chwile mijaja mnie inne spadajace postacie, glownie sa to dawno nie widziani znajomi… Az czasem mi dziwnie bo wrecz zapomnialam o ich istnieniu. Wiekszosc z nich cos do mnie mowi, ale nie slysze co, nie rozumiem slow, bo caly ten lej wypelnia szum… to chyba szumi rzeka Mtkvari, ktora plynie w dole, niedaleko za naszym namiotem..
cdn
Czas nie goni nas cz.38 - Gruzja, dwa zbiorniki i zamieszkała maczuga
W Ambrolauri jest pomnik ze zrodelkiem. Toperz sadza kabaczka do zdjecia na kolanach jednej z rzezb. Ludzie stojacy na pobliskim przystanku patrza ze zdziwieniem- czemu ten turysta maca rzezbe? Nagle ktos zauwaza- tam jest dziecko!! I wszyscy turlaja sie ze smiechu- nie widzieli kabaka! :) Tak sie wkomponowala!
W miasteczku stoi tez drugi pomnik- wina!
Jest tez plac zabaw - dzieci zostaly chyba stad wyparte przez bardziej prężna grupe ;)
Na nocleg zatrzymujemy sie nad jeziorem Szaori. Przypomina mi nieco Soline. Tez takie gliniaste brzegi i lagodne, zielone pagóry opadajace do wody.
Biwak stawiamy na niewielkiej polance. Wokol sporo drewna wiec i ognicho zapodajemy.
Dziwne sa dzis chmury. Niektore przypominaja falki jakie sie tworza nieraz na nadmorskim piasku, inne sa znow jak dym..
Dzis kabaczek ma urodziny! Konczy rowno roczek! Z tej okazji jest torcik urodzinowy w wersji terenowej tzn gęsta kaszka i wbita w nią cerkiewna swieczka.
A w prezencie pierwsza wlasna czolowka :)
Kolejnego dnia mijamy kolejny spory zbiornik, acz ten nie zacheca do kapieli, jakis taki podeschniety i woda pachnie nie za szczegolnie. Nazywa sie Tkibuli, tak jak pobliskie miasteczko.
Spotykamy dzis nietypowy przystanek autobusowy. Chyba jedyny jaki w zyciu spotkalam, do ktorego jest dociagnieta elektrycznosc ;) Biorac pod uwage umieszczone pod wiata sprzety - pelni on role swietlicy wiejskiej. Nie wiem natomiast czy jakies autobusy sie tu zatrzymuja- rozkladu nie bylo.
Plątaniną malych drog jedziemy zakosami mniej wiecej w obranym kierunku. W duzym procencie drogi nie zgadzaja sie nam z mapami, wioski po drodze nazywaja sie zupelnie inaczej niz te za ktore je mamy- ogolnie mozna przyjac, ze przewaznie nie wiemy gdzie jestesmy. Czasem droga sie konczy tzn zaczyna byc wyraznie nieskodusiowa, wiec musimy zawrocic i szukac innej. Jedzie sie bardzo przyjemnie - wokol lagodne wzgorza, czesciowo porosle lasem, troche łąk, czasem blysna jakies wysokie sniezne czuby gdzies w dalekiej oddali. Czasem mozna przysiasc na chwile pod sklepikiem juz zagadac babuszke u płota. Bardzo mily teren na niespieszna włoczege bez celu.
Przejezdzamy przez jakas wioske gdzie jest zrodelko i tablica wygladajaca jak nagrobna. Wszystko jeszcze omurowane jakby grotą, taka jak u nas sie umieszcza w takowych Matki Boskie. Caly temat uzupelniaja dwie latarenki. Bardzo mnie zaintrygowalo takie polaczenie, a akurat nie ma nikogo w okolicy, zeby zapytac. Zawsze wydawalo mi sie, ze tablice nagrobne stawia sie w dwoch przypadkach- na cmentarzu gdzie leza zwloki albo w miejscu gdzie dana osoba zginela. To tych dwoch utonelo w tym zrodle? Albo ich rodzina sobie tak "przywłaszczyla" zrodelko? A moze to nie jest tablica upamietniajaca zmarlych? No bo oczywiscie nie wiem co jest na niej napisane… Jesli ktos pomoze rozwiklac zagadke bede bardzo wdzieczna! :P
Docieramy w planowane miejsce czyli pod gruzinska Maczuge Herkulesa opisana na tabliczkach jako kolumna “Katskhi”. Maczuga tym sie rozni od naszej jurajskiej, ze na jej szczycie stoi kosciolek. Wylazi sie tam po drabince, wieksze rzeczy wciaga minikolejka linowa. To nietypowe miejsce zamieszkuje mnich sztuk jeden. Gdzies kiedys slyszalam, ze ow pustelnik gosci zbytnio nie lubi, wiec nie chcemy sie wpraszac i go niepokoic wiec ogladamy miejsce tylko z daleka. Poza tym gdzies mi sie tez obilo o uszy, ze mieszkaniec skaly nawet jak ma rzadki przyplyw goscinnosci to w swoje progi wpuszcza jedynie facetow.. Kto pierwszy pobudowal sie w takim miejscu i kiedy dokladnie to nastapilo nie wiadomo. Ponoc jeszcze za czasow poganskich byla tam jakas swiatynia dla boga slonca czy cos w tym stylu. Date powstania pierwszych budowli na tej skale szacuja na jednocyfrowe wieki naszej ery.
Cala okolica to wawozy i wsie na roznych poziomach- widac, ze opleciona siecia kolejek linowych Cziatura jest niedaleko stad... To samo uksztaltowanie terenu!
Na dzisiejszej trasie widzimy tez inne samotne kosciolki porozrzucane po wzgorzach, skalach i gestwinach- zeby to wszystko na spokojnie pozwiedzac to by trzeba w samej Gruzji z pol roku spedzic a nie poltora miesiaca ;)
cdn
Subskrybuj:
Posty (Atom)



