bubabar

piątek, 27 marca 2026

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006) cz.4 - Wydrne, Sokole, Teleśnica Oszwarowa, Sanok

Z Otrytu schodzimy w kierunku Polany Wydrne, przez Wańka Dział. Tak idę i myślę, że wielka szkoda, że nie ma tu już schroniska. Na dziś nadałoby się idealnie. Było to dosyć kontrowersyjne miejsce - obiły mi się o uszy opinie pełne zachwytów, jak również takie bardzo niepochlebne. Mogłam tam być, bo ponoć na przełomie wieków jeszcze działało, a ja bywałam wtedy w Bieszczadach. No ale jakoś się nie złożyło niestety. Szkoda, bo fajnie by mieć swoje zdanie na temat tego miejsca.

Mijamy nieczynny wypał - stoją przy drodze trzy retorty.


Wokół nikogusieńko, więc można się spokojnie pokręcić i pozaglądać w różne zakamarki. Zapach drewna i wędzonki jest tu wciąż obecny.


Miłe miejsce, więc postanawiamy coś przekąsić. Pełen wypas i elegancja - stoły, obrusy ;)


Buba robi zdjęcie. Ta poza wygląda nadpodziw idiotycznie - pewnie dlatego też została uwieczniona ;)


Słońce się chyli ku zachodowi, gdy powoli schodzimy do asfaltu.


Na nocleg zatrzymujemy się na polu namiotowym "U Wańki". Sympatyczne miejsce, z dużą wiatą, położone nad potokiem. Z wieczornej imprezy mam tylko dwa zdjęcia.


Oprócz naszej ekipy było jeszcze kilku kolesi, nieco od nas starszych. Albo miejscowi albo stali bywalcy, którzy jeżdżą w Bieszczady regularnie od wielu lat i znają tu każdy kamień. Gdy tematy zeszły na schronisko na Wańka Dziale - oczywiście je znali, bywali tam wielokrotnie. Pamiętam, że najczęściej w ich opowieściach przewijał się osobnik o ksywce Święty i wspomnienia różnych koncertów.

A tak się prezentuje owa miejscówka w świetle dnia.


Śniadanie.


A potem pranie.


I suszenie :) Nieodłączne składowe każdego wyjazdu.


Potem jest plan, aby iść przez wyludnione wioski na wschodnim wybrzeżu jeziora Solińskiego - Paniszczów, Sokole. Ładnie tam, tak przestronnie!


Wiosna już na całego! :)


Polany, zagajniki, wijące się drogi. I jak okiem sięgnąć - brak zabudowań. Nie wspominając o turystach.


Teren wydaje się bubowym rajem i już zaczynam uważać go za swój ulubiony kawałek Bieszczadów. I jeszcze nie wiem jak szybko nastąpi kubeł zimnej wody na głowę. Często jest to niepokojący sygnał, gdy wszystko jest zbyt rewelacyjne - fajne widoki, dzikie tereny, góry i woda naraz, piękna pogoda i nawet zadyszeć się nie trzeba ;) Sielanka by się wydawało...


Wznosząca się nad Sokolem charakterystycznego kształtu górka to chyba Szczob (618 m)? Czy może to jakaś inna górka?


Na tyle mi się spodobały te stożkowate pagóry, pokryte zielonym kożuchem zarośli, że trafiły na okładkę albumu!


Co w takich okolicznościach może pójść nie tak? Człowiek tupta sobie w euforii - a tu nagle jeb!!!!

Plan jest zanować w Sokolu - na mapach mamy znaczone tam pole namiotowe, nad samą Soliną. Tam więc zmierzamy. Wieczornie się już robi, więc czas też już odpowiedni na znalezienie noclegu. Gdy tylko wchodzimy na rozległe łąki, z których rozciąga się widok na jezioro, widzimy pierwszego człowieka jaki napatoczył się podczas dzisiejszej wędrówki. Wyraźnie widać, że on nas też zauważył i w naszym kierunku zmierza. Podchodzi i w niewybrednych i wulgarnych słowach (których przez grzeczność dla czytelników nie chcę tu cytować) obwieszcza nam, że cała dolina jest prywatna, on jest krewnym właściciela (już nie pamiętam czy syn, bratanek czy tam inny kuzyn) i mamy się natychmiast stąd wynosić. A jeśli nie - to poszczuje psami. Jeśli spróbujemy rozbić się gdzieś na dziko - to możemy zostać zastrzeleni, ponieważ tutaj często odbywają się polowania. A w razie czego racja będzie po stronie myśliwych, bo on tu wszystkich w rejonie zna i nikt nic nie zrobi ani jemu ani jego znajomym. Takiemu typowi to nie wiadomo co do głowy wpadnie - czy np. nie przyjdzie w nocy, nie poleje benzyną i nie podpali namiotu, więc zostać tu kompletnie nie mamy ochoty. Koleś jednak nie poprzestał na straszeniu - na wszelki wypadek idzie za nami, nie opuszczając na krok, chyba pilnując czy na pewno wyjdziemy poza "jego teren". Lezie jak cień i cały czas coś pier*** pod nosem. Nie wiem czy się bał, że zjemy mu trawę czy że ukradniemy jakiś kamień???

Bo zabudowanie w Sokolu było tylko jedno, widziane z daleka, na skłonie wzgórza.


Dzwonimy do reszty ekipy (w Sokolu byłam tylko ja i toperz) i mówimy, żeby omijali to gówniane miejsce, bo jest im nie po drodze, a i tak gdzie indziej musimy szukać noclegu. Umawiamy się więc w Teleśnicy Oszwarowej, gdzie docieramy już po ciemku. Jak wiadomo w nieznanym miejscu, w ciemności, niezbyt dobrze szuka się miejsca na biwak. Pytamy więc pierwszą napotkaną osobę - gdzie by tu była taka możliwość. Spotkana babeczka zaprasza nas na swoją działkę. Możemy postawić namioty, pod niewielką wiatą rozpalić ognisko. Nieodpłatnie, tak po prostu. Pyta też czy czegoś nam nie potrzeba - może wody? może chleba albo ziemniaków przynieść? może drewna na rozpałkę? A my wciąż mamy przed oczami tamtego gnoja sprzed kilku godzin... A tu - anioł! :)

Przy wieczornym ognisku.


Tak przedstawia się nasze miejsce noclegowe o poranku.


Potem idziemy przez Żuków do Ustianowej. Grzbiet jest gęsto zarośnięty robaczywym chaszczem i bardzo błotnisty. Na dodatek pogoda się psuje, zaczyna polewać.

Cerkiew w Ustianowej.


Gdy docieramy do Sanoka jest już wieczór. Ostatnie pociągi w pożądanym przez nas kierunku odjechały (w sumie w żadnym kierunku już nie ma dziś pociągu). Następne będą wcześnie rano, na tyle wcześnie, że nie bardzo się opłaca wychodzić z miasta i szukać miejsca na biwak czy wynajmować jakieś kwatery. Zresztą to nie pierwsza i nie ostatnia nasza taka noc w Sanoku. Gdy jeździliśmy w ukraińskie Karpaty to zwykle było podobnie. Pociąg Sanok - Chyrów też odjeżdżał o świcie.

Początkowo idziemy do przydworcowej knajpy zwanej "Rudera".


Gdy bar się zamyka, wracamy na dworzec. Poczekalnia zamknięta, wiatr hula po peronach. Zimno... Dobrze, że przynajmniej dach jest, bo pada. Trzeba się jakoś ułożyć do snu na te kilka godzin. Każdy sobie radzi na swój sposób.


My postanawiamy rozbić namiot. Samą komorę wewnętrzną - zawsze będzie trochę zaciszniej od wiatru, a i bagaże będą bezpieczniejsze przed kradzieżą. Tropiku nie stawiamy - raz, że przecież śledzi w kostkę nie wbijemy, a poza tym jest dach nad nami, więc chyba nie ma potrzeby.


Układamy się w naszym zacisznym gniazdku. Nie na długo. Mija chyba z pół godziny, gdy ktoś przed namiotem zaczyna nawoływać i pukać do "drzwi". Wyglądamy - a tam dwóch policjantów. Mówią, że mieli zgłoszenie o "niebezpiecznej sytuacji na dworcu". Ktoś szedł kładką, zobaczył namiot i nie omieszkał podkablować. My im tłumaczymy naszą sytuację - oni przepraszają, że nas obudzili i usprawiedliwiają się, że mając zgłoszenie musieli zareagować. Taka robota. Śmieją się, że jakby śledzie były wbite w kostkę - to by nam napewno wsadzili solidny mandat :) A tak to w sumie możemy sobie spać dalej, ale o 7 rano oni mają tu patrol - i ma nas nie być. Umowa stoi?? Pewnie, że nas nie będzie, skoro o 5 mamy pociąg.

Kolejne godziny śpimy już spokojnie. Zasypiając myślę sobie o ludziach - spotkanych na trasie tej wycieczki. Wpadaliśmy na gnidy jak myśliwy ze Smolnika, koleś z Sokola czy anonimowy kapuś z Sanoka. Ale szczęśliwie trafiały się też niezwykle sympatyczne, pomocne i otwarte osoby - leśniczy znad Sanu, kobita z Teleśnicy czy sanoccy policjanci. Którzy mimo pełnionej funkcji potrafili porozmawiać i zrozumieć. Którzy oferowali pomoc, mimo że nie musieli. Jakich to różnych ten świat ma lokatorów...

KONIEC

środa, 25 marca 2026

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006) cz.3 - Caryńskie, Magura Stuposiańska, Dwernik, Otryt

Z Bukowego Berda schodzimy do Widełek. Próbowaliśmy od razu do Bereżek, ale coś nam się nie udało i mimo łażenia po chaszczu wypluło nas w Widełkach. Trzeba było od razu iść grzecznie szlakiem. Bo i tak czeka nas deptanie asfaltem.

Nasza trasa jest dokładnie pod brzuszkiem salamandry :)


Chatka, do ktorej dziś zmierzamy na nocleg, też już nie istnieje, podobnie jak dwie poprzednie. Ta dla odmiany nie została spalona, a zwyczajnie rozebrana. I na jej miejscu zbudowano pensjonat. W 2006 roku prezentowała się mniej więcej tak:


Nie śpimy w chatce. Za ciasno. Straszliwy kociokwik. Nie to, żeby wczoraj na Obnodze było pusto, ale to jednak był zupełnie inny tłum, inna jakość. Rozbijamy namiot nieopodal. Części ekipy udaje się wcisnąć na jakieś pięterko z sianem nad szopą. Wieczorem dość szybko kładziemy się spać. Raz, że wczoraj siedzieliśmy do bardzo późna, a dwa, że atmosfera tutaj jakoś nie porywa. Jest niby ognisko, część naszych się tam przyłącza. Niby fajnie, ale nie do końca. Może to zmęczenie, a może wspomnienia z trzech poprzednich noclegów, które były po prostu rewelacyjne. A dobre przy rewelacyjnym zawsze wyjdzie miałkie i nijakie. Coś musiało być na rzeczy, bo z tego wieczoru w ogóle nie mam zdjęć. Ani ja, ani toperz. A z poranka jedno - zamglone góry widziane z namiotu.


Nasza dalsza trasa wiedzie przez Magurę Stuposiańską do Dwernika. Widoczki jakieś po drodze są, ale mocno przymglone, szare i jakby brudne.


I nie jest to tylko kwestia mojego 20-letniego aparatu z porysowanym obiektywem, który jeszcze dodatkowo plasnął mi się z rana w błoto. Oczywiście wleciał tak jak nie trzeba, jak kanapka, która musi zawsze masłem do dołu. Jakoś go odczyściłam w potoku, ale zdjęcia na ostrości nie zyskały ;)

Zdjęcia z nowej cyfrówki też ukazują szarość otaczającego nas krajobrazu. Tak jakby w obróbce ktoś przesunął suwak pt. "zabierz kolory".


No ale udaje się na sucho zejść w doliny, więc naprawdę nie ma na co narzekać.

Czasem ścieżka jest zawalona drzewami.


Częściej po prostu klasyczna, bieszczadzka droga. Mlask mlask chlup.


A tu zdjęcie, na którym widać bardzo istotny element tego wyjazdu - Michała i jego gitarę. Gitara podróżowała w ogromnej, sztywnej i ciężkiej "trumnie", aby nie narazić się na niebezpieczeństwo. W sumie może niegłupi pomysł - patrząc co się stało kilka lat później z naszą gitarą w szmacianym worku, gdy toperz zjechał na niej po lodzie ze Śnieżki ;) I przez całą bieszczadzką trasę Michał niósł tą gitarę w ręce. Ani na chwilę nie przytroczył do plecaka. Niósł ją przez góry, doliny, błota czy wiatrołomy! Ten pakunek ważył chyba z 10 kilo i nie należał do najbardziej wygodnych w noszeniu. No ale czego się nie robi dla sztuki! :)


Schodzimy do Dwernika i na obrzeżach miejscowości następuje to, co zawsze musi się wydarzyć na bubowych wyjazdach - zaczyna lać. Pośpiesznie więc rozglądamy się za schronieniem i pada na tartak. Chyba nie opuszczony, bo pełno tu maszyn i drewna, które wygląda jakby właśnie na chwilę przerwano jego obróbkę. Ludzi jednak nie ma. Pusto. Ale jest dach. To najważniejsze!


Przeczekawszy ulewę ruszamy dalej. Nie z pustymi rękoma - pamiątki muszą być. Kora, krzywa deseczka i korzeń - zakręcony jak świński ogonek. Raczej nie docenią tego ani pracownicy tartaku ani jego klienci. A u nas na ścianę będzie jak znalazł! I co jeszcze zwraca uwagę na zdjęciach - zwłaszcza teraz, po latach. Te bieszczadzkie drogi! Wyboisty, popękany asfalt, bez śmigających aut. Nie ma nic lepszego niż zapach połamanego asfaltu po ciepłym deszczu! Do tego pusto, cicho. Tylko gdzieś w oddali kogut zakukurykał.


Skoro zeszliśmy do cywilizacji - to trzeba skorzystać z jej udogodnień. Knajpa! "Piekiełko". Zacne miejsce :)


Jesteśmy chyba dziś jedynymi turystami. Jakże inaczej jest tu, po drugiej stronie Magury Stuposiańskiej. Bo cały ten poranny, dziki tłum z Koliby pobiegł na Caryńską. Zjadamy pierogi. Już nie pamiętam z czym były, ale czy to istotne? W pamięci zostało, że ciepłe i smaczne. Skądinąd w takim miejscu i w takich okolicznościach to by wióry można wcinać, korą zagryzać i mlaskać z zachwytem (chyba ten tartak jeszcze nam w głowach siedzi ;)

Atmosterę knajpy, oprócz żarcia i pogawędek z miejscowymi, tworzą też ścienne malowidła i instalacje artystyczne.


Jest nawet regulamin! :D


Siedzimy tu dosyć długo. Na pewno dłużej niż było to planowane... Co już mamy opuszczać przybytek - to pojawia się jakaś kolejna, ciekawa osobistość, z którą nie sposób nie pogadać, nie wysłuchać zabawnych lub mrożących krew w żyłach historii. Na którymś etapie biesiady pojawia się pomysł, aby na Otryt nie wchodzić, a wjechać gąsienicowym pojazdem do zrywki drewna. Wydaje mi się, że początek tematu był taki, że Maciek snuł wspomnienia jak takowym ciągnikiem był wwożony na jedną czy drugą bieszczadzką (bądź jeszcze bardziej wschodniokarpacką) górę. Lokalsi ów pomysł ochoczo podchwycili, przechwalając się jeden przed drugim, że również takowe maszyny mają w posiadaniu, każdy jest wirtuozem kierownicy (wprost proporcjonalnie do ilości skonsumowanych napojów) i chętnie nas zawiozą gdziekolwiek byśmy nie zechcieli - tylko posiedźmy z nimi jeszcze troszeczkę ;)

Pamiętam też, że wyniknęła kłótnia czy ów pojazd zwie się "pszczółka" czy "tedek". Wśród miejscowych zdania były mocno podzielone, ale za "pszczółką" było chyba więcej głosów. Albo ci głośniej krzyczeli ;) Cały temat dotyczył czegoś w tym stylu (zdjęcie zrobione również w Bieszczadach, ale 10 lat później)


Ostatecznie kończy się tak jak się skończyć musiało - nasi współbiesiadnicy dzielą się na trzy grupy:
- tych rozpływających się w niebycie.
- tych, którzy nadal chcą nas zawozić czym chcemy i gdzie chcemy, ale kompletnie nie kontrolują już nawet swoich odnóży, nie mówiąc o gąsienicach "pszczółek".
- tych, którzy prowadzą nas do domu, do obejścia, do garażu i już już prawie odpalają swoją maszynę (która czasem okazuje się ciężarówką, motocyklem lub nawet nieco stunningowanym Cinquecento - ale nigdy rzeczoną "pszczółką"). Często jednak okazuje się, że silnik nie odpala, nie ma paliwa lub gdy wszystko jest na wydawałoby się właściwej drodze - przychodzi żona, daje delikwentowi ścierką przez łeb i potulnego jak baranek prowadzi za ucho do chałupy.

No to żeśmy pojeździli... ;)

Dostajemy jeszcze namiary na kilka osób pt. "ja was nie mogę zawieźć bo widzicie, że Baśka mi nie pozwoli, ale Mietek, co mieszka tam za rogiem - to on zawsze chętnie, jak mu coś na flaszkę rzucicie". Szukamy więc Mietków, Zenków i Heniów, co kończy się tuzinem nowych znajomości, zwiedzaniem kilku chałup, a nawet wycieczką na stopa do Chmiela i z powrotem.


Na Otryt musimy jednak wejść pieszo. Widać dzisiaj nie jest nasz dzień... ;)

Co jeszcze w tej opowieści jest dość istotne, a tyczy się stanu osobowego naszej grupy. Przez pierwsze 3 dni wędrowaliśmy wszyscy razem, tzn. cała banda 20 osób wlekła się w kupie. Potem część osób wróciła do domu, a reszta (około 10 sztuk) w dalszych dniach wybierała różne trasy, rozchodziła się i schodziła w sposób dość chaotyczny. Np. z Caryńskiego przez Magurę Stuposiańską szliśmy z Michałem (i jego gitarą w trumnie) co zostało uwiecznione nawet na zdjęciu. Z nim też zeszliśmy do Dwernika i schroniliśmy się w tartaku. W "Piekiełku" jednak siedzieliśmy już z Maćkiem - i z nim planowaliśmy podwózkę na szczyt. W jaki sposób Michał przeistoczył się w Maćka? Tego już po 20 latach nijak nie jestem w stanie odtworzyć. W Chacie Socjologa jesteśmy już wszyscy w komplecie :)

Chata na Otrycie pachnie nowością, a przede wszystkim żywicą. Nocą słychać charakterystyczne trzeszczenie rozsychających się świeżych desek. Była tu wcześniej stara chata, ale się spaliła.


Fragment wieczornej imprezy. Gitara niesiona w "trumnie" w użytku oczywiście! :)


Imponujacych rozmiarów kamienny kominek.


Z pobytu tego najbardziej zapadła mi w pamięć przykominkowa scena zazdrości ;) Siedzieliśmy sobie w kilka osób, gawędząc i patrząc w ogień. Na którymś etapie dało się zauważyć, że jeden gość wybitnie zainteresował się Kubą, kolegą z naszej ekipy. Siadł na ławce nienaturalnie blisko, próbuje się przytulać, kładzie mu rękę na kolanie - niby przypadkiem itp. Kuba więc się odsuwa z odrazą a tamten pełznie za nim po tej ławce. Kuba sie odsuwa itd. W końcu stało się to, co można było przypuszczać - ławka się skończyła. Kuba chyba mu coś powiedział - typu: "nie pchaj się" i co gorsza zaczął rozmawiać z jakąś koleżanką. A tamten koleś chlup! na Kubę gorącą herbatą! Ja akurat wracałam wtedy z kibelka (historię znam z opowieści toperza, Kuby i innych znajomych) i jakie było moje zdziwienie jak widzę spokojnego zazwyczaj Kubę, który ściąga z siebie mokrą koszulkę i widać, że zaraz spuści wpierdziel tamtemu kolesiowi. Ostatecznie jakoś udało się załagodzić sprawę. Amanta jego znajomi wzięli pod paszki i zawlekli do pokoju, a Kuba na szczęście nie był jakoś mocno oparzony. Acz sformułowanie "podryw po otrycku" długi czas funkcjonowało w naszym języku ;)

Gdzieś na Otrycie studiując mapę.


Ale nie ja, nie mapa i nie ławka są na tym zdjeciu istotne. Plecak. Stary toperzowy plecak. To jeden z jego ostatnich wyjazdów. Nie wiem czy widać to na zdjęciu (zapewne nie), ale rozlazł mu się system nośny, czego dobitnym przejawem było wychodzenie dołem szyn stanowiących wewnętrzny stelaż. To że góra plecaka stawała się w ten sposób sflaczała, nie byłoby jeszcze tak krytycznie złe, jak to, że owa szyna stająca się przedłużeniem plecaka u dołu - kłuła toperza w zadek. Próbowaliśmy zaszywać dziury, którymi szyny uciekały, zarówno sami, jak i korzystając z usług przeróżnych kaletników. Szyna jednak i tak wcześniej czy później wybierała wolność. Rok później więc toperz miał już nowy plecak - któremu jest wierny do dziś.

Tuptamy dalej grzbietem Otrytu. Nic specjalnego - las, las, las. Błoto, błoto i jeszcze więcej błota. Raz mijamy tylko coś, co mocno przykuło uwagę. Co to u licha jest? Ścięte drzewo, ale nie standardowo - do szpica u góry. U dołu też nie jest przyrośnięte do korzenia tylko postawione. W pniu wydłubany otwór - coś jakby kapliczka, ale nie do konca. Zamiast oczekiwanych obrazków czy świątków - termometr, ludzik i chyba wielkanocny baranek. Dziwo nad dziwy...



cdn