bubabar

środa, 25 marca 2026

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006) cz.3 - Caryńskie, Magura Stuposiańska, Dwernik, Otryt

Z Bukowego Berda schodzimy do Widełek. Próbowaliśmy od razu do Bereżek, ale coś nam się nie udało i mimo łażenia po chaszczu wypluło nas w Widełkach. Trzeba było od razu iść grzecznie szlakiem. Bo i tak czeka nas deptanie asfaltem.

Nasza trasa jest dokładnie pod brzuszkiem salamandry :)


Chatka, do ktorej dziś zmierzamy na nocleg, też już nie istnieje, podobnie jak dwie poprzednie. Ta dla odmiany nie została spalona, a zwyczajnie rozebrana. I na jej miejscu zbudowano pensjonat. W 2006 roku prezentowała się mniej więcej tak:


Nie śpimy w chatce. Za ciasno. Straszliwy kociokwik. Nie to, żeby wczoraj na Obnodze było pusto, ale to jednak był zupełnie inny tłum, inna jakość. Rozbijamy namiot nieopodal. Części ekipy udaje się wcisnąć na jakieś pięterko z sianem nad szopą. Wieczorem dość szybko kładziemy się spać. Raz, że wczoraj siedzieliśmy do bardzo późna, a dwa, że atmosfera tutaj jakoś nie porywa. Jest niby ognisko, część naszych się tam przyłącza. Niby fajnie, ale nie do końca. Może to zmęczenie, a może wspomnienia z trzech poprzednich noclegów, które były po prostu rewelacyjne. A dobre przy rewelacyjnym zawsze wyjdzie miałkie i nijakie. Coś musiało być na rzeczy, bo z tego wieczoru w ogóle nie mam zdjęć. Ani ja, ani toperz. A z poranka jedno - zamglone góry widziane z namiotu.


Nasza dalsza trasa wiedzie przez Magurę Stuposiańską do Dwernika. Widoczki jakieś po drodze są, ale mocno przymglone, szare i jakby brudne.


I nie jest to tylko kwestia mojego 20-letniego aparatu z porysowanym obiektywem, który jeszcze dodatkowo plasnął mi się z rana w błoto. Oczywiście wleciał tak jak nie trzeba, jak kanapka, która musi zawsze masłem do dołu. Jakoś go odczyściłam w potoku, ale zdjęcia na ostrości nie zyskały ;)

Zdjęcia z nowej cyfrówki też ukazują szarość otaczającego nas krajobrazu. Tak jakby w obróbce ktoś przesunął suwak pt. "zabierz kolory".


No ale udaje się na sucho zejść w doliny, więc naprawdę nie ma na co narzekać.

Czasem ścieżka jest zawalona drzewami.


Częściej po prostu klasyczna, bieszczadzka droga. Mlask mlask chlup.


A tu zdjęcie, na którym widać bardzo istotny element tego wyjazdu - Michała i jego gitarę. Gitara podróżowała w ogromnej, sztywnej i ciężkiej "trumnie", aby nie narazić się na niebezpieczeństwo. W sumie może niegłupi pomysł - patrząc co się stało kilka lat później z naszą gitarą w szmacianym worku, gdy toperz zjechał na niej po lodzie ze Śnieżki ;) I przez całą bieszczadzką trasę Michał niósł tą gitarę w ręce. Ani na chwilę nie przytroczył do plecaka. Niósł ją przez góry, doliny, błota czy wiatrołomy! Ten pakunek ważył chyba z 10 kilo i nie należał do najbardziej wygodnych w noszeniu. No ale czego się nie robi dla sztuki! :)


Schodzimy do Dwernika i na obrzeżach miejscowości następuje to, co zawsze musi się wydarzyć na bubowych wyjazdach - zaczyna lać. Pośpiesznie więc rozglądamy się za schronieniem i pada na tartak. Chyba nie opuszczony, bo pełno tu maszyn i drewna, które wygląda jakby właśnie na chwilę przerwano jego obróbkę. Ludzi jednak nie ma. Pusto. Ale jest dach. To najważniejsze!


Przeczekawszy ulewę ruszamy dalej. Nie z pustymi rękoma - pamiątki muszą być. Kora, krzywa deseczka i korzeń - zakręcony jak świński ogonek. Raczej nie docenią tego ani pracownicy tartaku ani jego klienci. A u nas na ścianę będzie jak znalazł! I co jeszcze zwraca uwagę na zdjęciach - zwłaszcza teraz, po latach. Te bieszczadzkie drogi! Wyboisty, popękany asfalt, bez śmigających aut. Nie ma nic lepszego niż zapach połamanego asfaltu po ciepłym deszczu! Do tego pusto, cicho. Tylko gdzieś w oddali kogut zakukurykał.


Skoro zeszliśmy do cywilizacji - to trzeba skorzystać z jej udogodnień. Knajpa! "Piekiełko". Zacne miejsce :)


Jesteśmy chyba dziś jedynymi turystami. Jakże inaczej jest tu, po drugiej stronie Magury Stuposiańskiej. Bo cały ten poranny, dziki tłum z Koliby pobiegł na Caryńską. Zjadamy pierogi. Już nie pamiętam z czym były, ale czy to istotne? W pamięci zostało, że ciepłe i smaczne. Skądinąd w takim miejscu i w takich okolicznościach to by wióry można wcinać, korą zagryzać i mlaskać z zachwytem (chyba ten tartak jeszcze nam w głowach siedzi ;)

Atmosterę knajpy, oprócz żarcia i pogawędek z miejscowymi, tworzą też ścienne malowidła i instalacje artystyczne.


Jest nawet regulamin! :D


Siedzimy tu dosyć długo. Na pewno dłużej niż było to planowane... Co już mamy opuszczać przybytek - to pojawia się jakaś kolejna, ciekawa osobistość, z którą nie sposób nie pogadać, nie wysłuchać zabawnych lub mrożących krew w żyłach historii. Na którymś etapie biesiady pojawia się pomysł, aby na Otryt nie wchodzić, a wjechać gąsienicowym pojazdem do zrywki drewna. Wydaje mi się, że początek tematu był taki, że Maciek snuł wspomnienia jak takowym ciągnikiem był wwożony na jedną czy drugą bieszczadzką (bądź jeszcze bardziej wschodniokarpacką) górę. Lokalsi ów pomysł ochoczo podchwycili, przechwalając się jeden przed drugim, że również takowe maszyny mają w posiadaniu, każdy jest wirtuozem kierownicy (wprost proporcjonalnie do ilości skonsumowanych napojów) i chętnie nas zawiozą gdziekolwiek byśmy nie zechcieli - tylko posiedźmy z nimi jeszcze troszeczkę ;)

Pamiętam też, że wyniknęła kłótnia czy ów pojazd zwie się "pszczółka" czy "tedek". Wśród miejscowych zdania były mocno podzielone, ale za "pszczółką" było chyba więcej głosów. Albo ci głośniej krzyczeli ;) Cały temat dotyczył czegoś w tym stylu (zdjęcie zrobione również w Bieszczadach, ale 10 lat później)


Ostatecznie kończy się tak jak się skończyć musiało - nasi współbiesiadnicy dzielą się na trzy grupy:
- tych rozpływających się w niebycie.
- tych, którzy nadal chcą nas zawozić czym chcemy i gdzie chcemy, ale kompletnie nie kontrolują już nawet swoich odnóży, nie mówiąc o gąsienicach "pszczółek".
- tych, którzy prowadzą nas do domu, do obejścia, do garażu i już już prawie odpalają swoją maszynę (która czasem okazuje się ciężarówką, motocyklem lub nawet nieco stunningowanym Cinquecento - ale nigdy rzeczoną "pszczółką"). Często jednak okazuje się, że silnik nie odpala, nie ma paliwa lub gdy wszystko jest na wydawałoby się właściwej drodze - przychodzi żona, daje delikwentowi ścierką przez łeb i potulnego jak baranek prowadzi za ucho do chałupy.

No to żeśmy pojeździli... ;)

Dostajemy jeszcze namiary na kilka osób pt. "ja was nie mogę zawieźć bo widzicie, że Baśka mi nie pozwoli, ale Mietek, co mieszka tam za rogiem - to on zawsze chętnie, jak mu coś na flaszkę rzucicie". Szukamy więc Mietków, Zenków i Heniów, co kończy się tuzinem nowych znajomości, zwiedzaniem kilku chałup, a nawet wycieczką na stopa do Chmiela i z powrotem.


Na Otryt musimy jednak wejść pieszo. Widać dzisiaj nie jest nasz dzień... ;)

Co jeszcze w tej opowieści jest dość istotne, a tyczy się stanu osobowego naszej grupy. Przez pierwsze 3 dni wędrowaliśmy wszyscy razem, tzn. cała banda 20 osób wlekła się w kupie. Potem część osób wróciła do domu, a reszta (około 10 sztuk) w dalszych dniach wybierała różne trasy, rozchodziła się i schodziła w sposób dość chaotyczny. Np. z Caryńskiego przez Magurę Stuposiańską szliśmy z Michałem (i jego gitarą w trumnie) co zostało uwiecznione nawet na zdjęciu. Z nim też zeszliśmy do Dwernika i schroniliśmy się w tartaku. W "Piekiełku" jednak siedzieliśmy już z Maćkiem - i z nim planowaliśmy podwózkę na szczyt. W jaki sposób Michał przeistoczył się w Maćka? Tego już po 20 latach nijak nie jestem w stanie odtworzyć. W Chacie Socjologa jesteśmy już wszyscy w komplecie :)

Chata na Otrycie pachnie nowością, a przede wszystkim żywicą. Nocą słychać charakterystyczne trzeszczenie rozsychających się świeżych desek. Była tu wcześniej stara chata, ale się spaliła.


Fragment wieczornej imprezy. Gitara niesiona w "trumnie" w użytku oczywiście! :)


Imponujacych rozmiarów kamienny kominek.


Z pobytu tego najbardziej zapadła mi w pamięć przykominkowa scena zazdrości ;) Siedzieliśmy sobie w kilka osób, gawędząc i patrząc w ogień. Na którymś etapie dało się zauważyć, że jeden gość wybitnie zainteresował się Kubą, kolegą z naszej ekipy. Siadł na ławce nienaturalnie blisko, próbuje się przytulać, kładzie mu rękę na kolanie - niby przypadkiem itp. Kuba więc się odsuwa z odrazą a tamten pełznie za nim po tej ławce. Kuba sie odsuwa itd. W końcu stało się to, co można było przypuszczać - ławka się skończyła. Kuba chyba mu coś powiedział - typu: "nie pchaj się" i co gorsza zaczął rozmawiać z jakąś koleżanką. A tamten koleś chlup! na Kubę gorącą herbatą! Ja akurat wracałam wtedy z kibelka (historię znam z opowieści toperza, Kuby i innych znajomych) i jakie było moje zdziwienie jak widzę spokojnego zazwyczaj Kubę, który ściąga z siebie mokrą koszulkę i widać, że zaraz spuści wpierdziel tamtemu kolesiowi. Ostatecznie jakoś udało się załagodzić sprawę. Amanta jego znajomi wzięli pod paszki i zawlekli do pokoju, a Kuba na szczęście nie był jakoś mocno oparzony. Acz sformułowanie "podryw po otrycku" długi czas funkcjonowało w naszym języku ;)

Gdzieś na Otrycie studiując mapę.


Ale nie ja, nie mapa i nie ławka są na tym zdjeciu istotne. Plecak. Stary toperzowy plecak. To jeden z jego ostatnich wyjazdów. Nie wiem czy widać to na zdjęciu (zapewne nie), ale rozlazł mu się system nośny, czego dobitnym przejawem było wychodzenie dołem szyn stanowiących wewnętrzny stelaż. To że góra plecaka stawała się w ten sposób sflaczała, nie byłoby jeszcze tak krytycznie złe, jak to, że owa szyna stająca się przedłużeniem plecaka u dołu - kłuła toperza w zadek. Próbowaliśmy zaszywać dziury, którymi szyny uciekały, zarówno sami, jak i korzystając z usług przeróżnych kaletników. Szyna jednak i tak wcześniej czy później wybierała wolność. Rok później więc toperz miał już nowy plecak - któremu jest wierny do dziś.

Tuptamy dalej grzbietem Otrytu. Nic specjalnego - las, las, las. Błoto, błoto i jeszcze więcej błota. Raz mijamy tylko coś, co mocno przykuło uwagę. Co to u licha jest? Ścięte drzewo, ale nie standardowo - do szpica u góry. U dołu też nie jest przyrośnięte do korzenia tylko postawione. W pniu wydłubany otwór - coś jakby kapliczka, ale nie do konca. Zamiast oczekiwanych obrazków czy świątków - termometr, ludzik i chyba wielkanocny baranek. Dziwo nad dziwy...



cdn


piątek, 20 marca 2026

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006) cz.2 - Obnoga, Bukowe Berdo

Poranek w Dydiowej wstaje pogodny. Bieszczady + słońce - rzadkie to połączenie, więc jeśli akurat nastąpi, to dusza raduje się niepomiernie.


Zbieramy się i ruszamy w kierunku Mucznego.


Mijamy wypał. Spójność krajobrazu jest zachowana - gryf gitary sterczy do góry podobnie jak kominy :)


W tamte lata, gdy człowiek nie miał aparatu z dużym zoomem, wydawałoby się, że podglądactwo jest trudniejsze. Ale jednoczesnie ludziska były jakoś mniej płochliwe i okazywali nieporównywalnie mniej agresji dla osób robiących zdjęcia. Jegomoście smolarze mają oględnie mówiąc na wszystko wyrąbane.


Czy to nie jest piękne, że człowiek nawet jak zgasi ognisko i od niego odejdzie - wciąż czuje ten wspaniały aromat? :) Retorty smolarzy - to jest dla mnie główny symbol Bieszczadów, a nie jakieś tam połoniny.


Dokładnego przebiegu dalszej trasy nie jestem w stanie odtworzyć. Prowadził nas kolega, Tomek, miejscowy znający te lasy jak własną kieszeń. Wiem tyle, że odbijaliśmy z drogi asfaltowej pomiędzy Mucznym a Tarnawą, gdzieś w zanikające ścieżki. Przechodziliśmy jakoś w rejonie Grandysowej Czuby, ale czy przez szczyt czy tylko zboczami - nie wiem. Zresztą czy ma to jakieś znaczenie? W pamięci zostały głównie mroczne, bukowe lasy, gęsto porastające mijane pagóry.


W oddali majaczą połoninne szczyty, pokryte jeszcze licznymi łachami śniegu. Ciągnie stamtąd chłodem. Tak jak na Dydiowej i w innych dolinach było już mocno czuć wiosnę - to tutaj to wrażenie przepada, znika i rozpływa się w mgle. A z owej mgły wieje lodem.


Ale bardzo źle nie jest - oznaki wiosny spotykamy na każdym kroku! :)


A tymczasem między drzewami zaczyna coś przezierać :)


Od bardzo dawna się tu wybierałam i dotrzeć nie mogłam, jakoś zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Aż dziś nadszedł właściwy dzień! :) Chatka pod Obnogą przed nami! :)


Wnętrza jest dość trudno sfotografować, ponieważ wszystko jest przysłonięte ludźmi. Majówka, sam samiuśki środek majówki - noc z 1 na 2 maja. Więc chatynka pusta nie jest - i tu bęc! zwala się nasza banda. Poniżej kilka fotek z sali kominkowej. Śpiewy, degustacje, opowieści - fajnie było! :)


Herbata i żarcia podgrzewają się w kominku :)


Najbardziej utkwiły mi w pamięci 3 opowieści. Jedna o smolarzu z któregoś z bieszczadzkich wypałów, który by wygrać zakład z kumplami dał sobie odciąć ucho, a potem wszystkim opowiadał, że to efekt spotkania z niedźwiedziem.

Drugą opowieść snuł Maciek, z naszej ekipy. O wąskotorówkach z gorgańskich dolin, których sieć była niegdyś ogromna i rozgałęziona. Kolejki woziły głównie drewno, ale również i turystów, którzy wracali z górskich wędrówek albo po prostu chcieli w ten sposób powłóczyć się po dzikich dolinach, gdzie nieraz i dróg nie było. Wąskotorówki zniknęły w roku 1998, zmyte przez wielką powódź, która tamtego roku nawiedziła Karpaty. Na tyle zostały uszkodzone mosty i torowiska, że nie opłacało się już tego naprawiać. Pewien etap karpackich podróży przeszedł bezpowrotnie do historii - bez mojego udziału :( Do teraz pamiętam ten żal w duszy, że nie udało mi się ich zobaczyć i przejechać się, choć raz... A wiedząc jak to klimatycznie jest jechać gruzawikiem przez taką utopioną w błocie i ociekajacą deszczem karpacką dolinę - mogę sobie tylko wyobrazić jak to musiało wyglądać z dodatkiem całej malowniczości atmosfery kolejowej.

Trzecia historia była w pewnym stopniu związana z drugą, bo też w tematyce kolejowo-karpackiej, acz osadzonej w realiach rumuńskich. Opowiadał koleś poznany w chatce:
"Budzę się z twarzą w piasku. Po chwili dochodzę do wniosku, że to nie piasek tylko pył pomiędzy belami podłogi. Jakiś stary, ciemny budynek. Gdzie mój plecak? Gdzie moje rzeczy? Leżą obok, jest prawie wszystko. Tylko kurtka gdzieś przepadła i już nigdy nie została odnaleziona. Zbieram się i wychodzę na zewnątrz, próbując pozbierać myśli. Co widzę? Stacyjka. Torowisko. Wszędzie wokół góry. Nikogusieńko. Okazuje się, że to jedna z bardziej odległych stacji kolejki doliny Wazeru. Długo siedzę sam i próbuję na nowo poskładać rzeczywistość z postrzępionych urywków. Pociąg przyjeżdża dopiero za kilka godzin. Moje ostatnie wspomnienia to jak piłem palinkę z miejscowymi, pod sklepem w miasteczku, prawie 70 kilometrów stąd, 17 godzin temu..."
Opowieść jest z roku 2003. Koleś (którego imienia nie pamiętam) w ogóle pół wieczoru opowiadał o swoich rumuńskich wojażach, ale jakoś ten fragment najbardziej zapadł mi w pamięć ;)

Atmosferę chatki chyba najbardziej można poczuć ze zdjęć, gdzie źródłem światła jest tylko ciepły blask kominka, świec czy lamp naftowych. To chyba pierwsze moje pierwsze spotkanie z aparatem mającym coś takiego jak długi czas naświetlania. Nocne zdjęcie bez lampy? Co za czarodziejski wynalazek!


A poniższe zdjęcie początkowo uważałam za zupełnie nieudane - rozmazane, poruszone, no w ogóle do d... Ale w czasie wspólnego oglądania jeden z kolegów stwierdził, że to jest fotka najlepiej oddająca tzw. magię chwili - "Buba! Ja właśnie tak pamiętam tą imprezę, tak to wyglądało po 6 piwach!"
I coś w tym jest - wystarczy spoglądając na to zdjęcie zmrużyc mocno oczy... Od razu słychać chatkowy gwar, brzęk gitary, dudnienie kroków na strychu. Czuć zapach dymu, wędzonki i starego drewna. Czuć radość, że udało się tu dotrzeć i zmęczenie po udanym dniu :)


Noc jest zimna, las wokół wilgotny, korzeniasty i pełen niedźwiedzi, więc raczej nikt nie ma ochoty spać w namiocie. Chatka okazuje się być niesamowicie pojemna! Wszyscy się zmieścili!


Myśmy namierzyli najbardziej komfortową miejscówkę - pod schodami! :)



Tej chatki też już nie ma. Przestała istnieć w listopadzie 2007. Rzekomo "się spaliła", acz stwierdzenie to budzi ogromne kontrowersje, nieporównywalnie większe od pożaru Dydiówki. Jesli kogoś interesuje ten temat - TUTAJ jest dokładnie opisany przez bywalców chatki.


Rano pogoda jest nieszczególna. Jest zimno, mocno wieje i powietrze jest jakieś takie mokre... Niby nie pada, ale wisi lepka, wilgotna mgła, która na wszystkim osiada. Mimo wszystko decydujemy się iść przez Bukowe Berdo. No bo skoro już tu jesteśmy?


Niby wszyscy chcieli połonin, ale jak się na nie wybieramy - to idziemy w cztery sztuki: ja, toperz, Maciek i Julek.


Reszta schodzi w doliny. Szuka sklepu i spotkamy się z nimi w Widełkach albo już na noclegu. A w ogóle 1/3 ekipy wraca już do domu, bo sama majówka właśnie się kończy i nie wszyscy mają możliwość sobie ją jeszcze trochę przedłużyć. Nasza ekipa przestaje już więc być taka gigantyczna. Cóż, smutno trochę... Już się człowiek przyzwyczaił. I w sumie nie było wcale źle wędrować w takim składzie. Niepotrzebnie się martwiłam zawczasu.

Śniegu na szczytach leży jeszcze całkiem sporo, ale szczęśliwie płowych traw i skałek jest więcej i można się skupić na chodzeniu po nich, a białe placki omijać szerokim łukiem. Trawy falują, wiatr duje i co najważniejsze - nie ma nikogo oprócz nas. Totalna pustka! Jak nie w polskich górach. Idziemy, idziemy, siedzimy - i nikogusieńko jak okiem sięgnąć! Śmiejemy się nawet czy myśmy przypadkiem gdzieś granicy we mgle nie przekroczyli i nie dojdziemy na Pikuj jak mocniej będziemy wyciągać nogi ;)



cdn