bubabar

wtorek, 14 kwietnia 2026

Szczawno Zdrój - klimaty kurortu po sezonie (2026)

Do miasteczka położonego wśród wzgórz docieramy w pewien marcowy wieczór. Osiedlamy się w przyjemnej noclegowni o klimatach kwater pracowniczych.


Najbardziej mi tu do gustu przypadła kuchnia - wyraźnie przekształcona z baru! Kiedyś na terenie obiektu musiała więc działać knajpa.


Nie jest bardzo późno, więc postanawiamy jeszcze zajrzeć do centrum. Przyznam, że trochę mieliśmy obawy, że będą tu tłumy - no bo weekend, kurort - to bardzo źle wróży... Rzeczywistość jednak nas zaskakuje niezwykle pozytywnie - w centrum jest totalnie pusto! Wprawdzie wszystko jest mocno oświetlone - gęste latarnie uliczne, knajpy, podświetlone kolorowo budynki. Jednak ludzi jakby wymiotło. Cisza... Tylko kot czasem przebiegnie drogę.


Ładny, stary budynek zwany Halą Spacerową jest wyłącznie we władaniu gołębi. Wchodzimy w jego ciemne czeluście. Gruchanie niesie się po całej hali z różnych stron, potęgowane wszechobecnym echem. Gdzieś też odzywa się sowa. Początkowo jej głos niesie się z parku zdrojowego, ale potem charakterystyczny dźwięk słyszymy też w samej hali. Do tego dołącza też odgłos kroków. Dziwne... Nikogo oprócz nas nie ma... A my stoimy. Cóż - zaczynam dochodzić do tego, że kurorty są jednak fajne! :) (a przynajmniej w marcu ;) Rozważamy też czy do naszego cyklu zimowych wyjazdów pt: "małe, zadymione miasteczka" nie dodać "zdrojowiska po sezonie" :)


Ludzie jednak ze Szczawna nie wyparowali. Trochę lokalsów się kręci, acz 90% z nich skupia się wokół Żabki. Ostatnio mam wrażenie, że sklepiki znaczone podobizną płaza stały się podstawowym ośrodkiem kulturalno-rekreacyjnym w większości miejscowości. Głównie płynie tu sprzedaż alkoholu, słodyczy i hotdogów, wyglądających nieco na plastikowe. Na osobę kupującą chleb i ser wszyscy (zarówno obsługa jak i klienci) patrzą jak na kosmitę.

Pozytywnie zaskoczeni atmosferą zdrojowiska postanawiamy wrócić tu rano i zobaczyć owe miejsce również w świetle dziennym. Budynek zwany Halą Spacerową za światła wizualnie podoba się nam chyba jeszcze bardziej, acz nie ma już tej nieco mrocznej i tajemniczej atmosfery co z wieczora.


Działa w nim sklepik z pamiątkami, lodziarnia i pijalnia wód mineralnych. Cała ta hala ogromnie przypomina nam budynek z czeskich Janskich Koupeli, gdzie przeczekiwalismy burzę kilka lat temu - RELACJA Wieże, kolumnady, mozaikowe podłogi. Jest tu coś z klimatu starej stacji kolejowej, jak również coś z aromatu małego, drewnianego kościółka.


Ścienne malowidła i wyłażące spod łuszczącej się farby niemieckie napisy - bardzo dodają kolorytu temu miejscu.


Skoro już tu jesteśmy to idziemy też zwiedzić pijalnię. Wielkie okna i rzeźbione poręcze. Wszędzie pełno kwiatów doniczkowych. Tu i ówdzie przewijają się kuracjusze popijając lecznicze wody. Jest w tym wszystkim atmosfera spokoju, odpoczynku i braku pośpiechu. I jakby powiew dawnych czasów.


Fajne są te wody mineralne ze starych kurków - mają ich tu kilka rodzajów. Bukiet smaku zapodaje jakby jaskinią, trochę ciepłym źródłem. Niektóre są lekko gazowane, inne jakby podgrzewane. Mi najbardziej podeszła ta radioaktywna woda (Marta ją chyba zwali), która musi być jakaś nieco niepewna ;) Kilka razy nas ostrzegają, żeby absolutnie jej nie dawać kabakowi.


I nawet kupiliśmy sobie pamiątkowy kubeczek! Przypomniałam sobie, że bardzo podobny miałam z Piwnicznej, 30 lat temu. Gdzie on teraz jest? Co się z nim stało? Zaginął chyba gdzieś w odchłani czasu...


W tym uzdrowisku brakuje mi tylko jednego - baseników z ciepłymi źródłami, żeby tam wskoczyć i ponacierać się aromatycznym błotem! :)

W pijalni mam okazję obserwować konflikt rodzinny pewnych seniorów. Babcia i dziadek popijają wodę. Dziadek pyta: "To jakie mamy plany na dzisiaj?" Babcia stwierdza, że "możemy sobie tu posiedzieć, pijalnia jest czynna do 16". Dziadkiem aż zatrzepało w tym momencie. Dopiero na tym etapie zauważam, że ręce ma pełne folderków. "Myślałem, że pojedziemy dziś do zamku Czocha - zobacz jaki ładny!" - szybkim ruchem podsuwa żonie folderek. Ona ani nie patrzy na kolorową karteczkę: "Ale przecież już wczoraj byliśmy w zamku! Ile można???" "-Ale to był zamek Książ!! Ten!" - dziadek wyciąga z kieszeni magnesik i prawie wpada w rozpacz, jak można pomylić dwa tak zupełnie inne zamki. "- No dobrze, nie lubisz zamków, trudno, niech ci będzie... To może pójdziemy na Wzgórze Giedymina? Tam jest wieża widokowa! A z wieży może wypatrzymy jakieś ciekawe miejsca na kolejne wycieczki??"
Nie wiem co było dalej i jak sytuacja się rozwinęła. No bo powędrowaliśmy dalej.

Zaraz obok jest park, gdzie można wypatrzyć ciekawe rzeczy - np. placyk z dużą ilością studzienek kanalizacyjnych.


Pomnik psa.


Nieopodal, w nieco bardziej zacisznym miejscu, napotykamy jeszcze jeden betonowy pomnik - cycata baba.


Stojący obok sporych rozmiarów budynek jest nieużywany. Obeszliśmy dookoła, ale niestety pozamykany i nie udało się wejść do środka.


A my póki co opuszczamy przyjemne uzdrowisko i kierujemy się w stronę, gdzie Szczawno zlewa się z Wałbrzychem. I dalej - ku hałdom! :)

/

sobota, 11 kwietnia 2026

Tatry ze starej piaskowni (2026)

Przechodziliśmy kiedyś przypadkiem skrajem starej piaskowni, gdzie nawet nie mieliśmy w planie się znaleźć - tylko nas tak akurat zdryfowało. Coś dziwnego zamajaczyło na horyzoncie. Jakiś nie do końca typowy element krajobrazu. Udało się go przybliżyć na zoomie:


I co ja mogę powiedzieć? :) Że chyba mamy plan na kolejną wycieczkę!! :)

Jak to mówią - "nie ma co zakopywać gruszek w popiele". Zwłoka działa zawsze na niekorzyść. Już w kolejny weekend pojawiamy się na piaszczystej drodze wijącej się przez tereny zakładu. Po bokach stoją jakieś żelazne konstrukcje - jakby drabinki z placu zabaw, ale takie nieco przerośnięte.


Większość brzuchatych ciężarówek, przycupniętych na pylistym poboczu, to Tatry 148. W różnych umaszczeniach, rozmaitym stanie zachowania (czy raczej w przypadku niektórych - rozfragmentowania ;)

Pierwsza Tatra, w odcieniu nieco czerwonawym, prezentuje się nieźle. Trochę już wprawdzie wrośnięta w ziemię, ale koła wciąż zdają się być w stanie napompowanym.


Szyby zarastają mchem podobnie jak w naszym busiu ;)


Opony chyba podwędziła jakiemuś Ziłowi.


Druga ciężarówka jest niebieska i nawet zachowała napis na masce.


Wnętrze kabiny może nie jest kompletne, ale conieco się zachowało. To samo dotyczy silnikowych bebechów.


Opony takie całkiem pasujące do klimatu.


Patrząc jednak bardziej z boku - owe autko jakoś tak... yyyy... szybko się kończy. Człowiek by oczekiwał, że tam dalej też coś będzie, a tu nie ma! Jak ucięcie noża. Ktoś wziął gumkę i wymazał z krajobrazu. A dla miłośników teorii symulacji - można powiedzieć, że "się nie załadowało" ;)


Mamy też taką Taterkę - z daszkiem nad szoferką.


A to nie udało mi się rozkminić co za modele...


A to tym bardziej ;)


Są też takie samochody :) Co kto lubi - do wyboru, do koloru!


W całym rejonie, po krzakach i wądołach, wala się sporo ciekawych fragmentów różnistych pojazdów, maszyn i ogólnie żelastwa wszelakiego. Jakieś wagony, wieże, beki, szpule giganty! Kabak strasznie żałuje, że tak nie wygląda nasz plac przed blokiem - fajnie by się tu bawiło w chowanego! :)


Teren usiany jest nie tylko wrakami aut - można też znaleźć porzucone kioski, baraczki. Pewnie kiedyś służyły za stróżówki czy inne tam kanciapy dla robotników.


Wnętrza wyraźnie były kiedyś mieszkalne, pozostały ślady mebli, ale to już wszystko melodia przeszłości.


Misio... Z mocno zapylonym futerkiem i smutną miną. Kiedyś był samochodową maskotką wiszącą u lusterka. Pewnie podskakiwał na wybojach i obserwował zmieniający się za oknami pejzaż. Ale od kiedy z auta zostały tylko fragmenty - on został na posterunku, wisząc nieruchomo na druciku.


Proces polowania na wiosnę.


Czy może być coś piękniejszego jak pierwsze podbiały wychylające się z piachu, przyczajone na co bardziej nasłonecznionych łachach?


Tuptamy ku bajorom. Początkowo są tylko takowe ;)


Niebawem pojawia się i większa woda.


Szukamy jakiegoś odpowiednio zacisznego miejsca dla naszych celów. Ślady wskazują, że droga jest uczęszczana ;)


Co ciekawe - tylko bieżnik aut i kopytka! I ani jednego buta. Tzn. już są - nasze...


Jakiś tajemniczy instynkt wiedzie nas przez plątaniny grobli i bajor. Nie tu, tu też nie, ale może tam? Właśnie TAM!!! Wysoki brzeg, piaszczystymi urwiskami opadający w wodne odmęty. Suchy i pachnący sosnowy las. Taka okrągła kępa jak odwrotność polany, bo polana jest w lesie, a tu jest "polana" lasu wsród szerokich przestrzeni.


Jakoś wyjątkowo urzekł nas ten zakątek :)


Są miejsca i okoliczności, gdzie jedzenie wyjątkowo smakuje. Choćby to była skórka chleba, konserwa wątpliwej jakości, jakakolwiek, nawet najbardziej podła pasza. Smak, zapach, w ogóle całościowy aromat, wydaje się wtedy przysmakiem bogów. Bo najlepszą przyprawą jest burczenie w brzuchu, zmęczenie wędrówką i cudne widoki przed oczami. Człowiek przeżarty i znudzony może siedzieć w najbardziej wykwintnej restauracji, wszystko będzie mu śmierdzieć i będzie zadręczać obsługę przybytku o "złe przyprawienie". A główny powód siedzi nie w przyprawie czy talencie kucharza - a w nim samym...

My dziś trafiliśmy w takie magiczne miejsce i czas. I mamy bułki z serem. Co w połączeniu z aromatem ogniskowego dymu - daje najlepszą ucztę wszechświata. Ser wypływa bokiem, woda chlupocze, wiatr szumi w koronach sosen.


Skwierczy spieczona za mocno posypka na bułce, zatracając już w tym momencie wspomnienie o tym, jakie odmiany ziarenek na sobie nosiła.


Spomiędzy zeschłych, zeszłorocznych tataraków przygląda się nam jakaś wydropodobna mordka. Słonko grzeje aż dziwnie mocno - nie jak na początek marca, a przed oczami przewijają się wspomnienia z całego dnia, pełnego jeziorek, piaszczystych łach i wmieszanych w to wszystko wraków ciężarówek. Mamy też trzy termosy zielonej herbaty, hamak o zapachu igliwia z żywicą i swój własny cypel. Bo nigdzie, gdzie okiem nie sięgnąć - nikogusieńko. Nie licząc ptactwa i wydr.

Długi czas nad nami, w koronach drzew, siedział takowy jegomość. Niestety nie udało się zrobić sensownego zdjęcia, bo najpierw łapało ostrość na gałęzie, a potem delikwent dał w długą...


Pierwsze tegoroczne bujanie.


Wygłupy okołohamakowe :)


Ciepłe barwy zachodzącego słońca o tej porze roku niestety łączą się nierozerwalnie z wypełzającym nie-wiadomo-skąd lodowatym zimnem. Nasz wspaniały zaułek z minuty na minutę przestaje więc być oazą ciepła i przytulności. Przychodzi się więc zapodać przyspieszoną ewakuację. Ale wrócimy tu na bank. Może na nocleg w cieplejsze pory roku? :)