bubabar

niedziela, 1 lutego 2026

Łazimy po Łaziskach (2026) cz.1 - Hałda Skalny

Dojazd do Łazisk okazuje się znacznie dłuższy niż przypuszczaliśmy. Pierwszy pociąg zdaje się nie spieszyć. Stoi w Opolu kilkanaście minut, kolejne tyle w Kędzierzynie. Na przesiadkę w Nędzy zdążamy tylko dlatego, że nie byliśmy jedyni i dla grupy około 20 osób konduktor "przytrzymał" kolejny skład. Następny pociąg (relacji jak się nie mylę Racibórz - Katowice) wlecze się jeszcze bardziej. Może to oczekiwanie na nas w Nędzy tak go rozleniwiło? ;) Na dwóch kolejnych maleńkich stacyjkach stoi chyba po pół godziny. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada, nie ma żadnych mijanek. A pociąg stoi. Rozważamy czy się nie zepsuł, bo gasi też światła i silniki. Odnosimy wrażenie jakby czas stanął w miejscu albo w ogóle przestał istnieć. Za oknem świat zdaje się totalnie nieruchomy. Nie ma ludzi, nie ma ptaków, nie wieje nawet wiatr, więc nie porusza się ni ździebełko trawy. Niebo jest dość równomiernie sine, więc ruchu obłoków również nie zarejestrujemy. Współpasażerowie również wpadli w jakiś rodzaj odrętwienia - śpią albo albo gapią się w ekrany swoich elektronicznych urządzeń jak w transie, nawet nie mrugając oczami. Może takie zawieszenie w niebycie jest czasem potrzebne? Może jakoś oczyszcza czasoprzestrzeń? My w sumie szczęśliwie się nigdzie nie spieszymy - przesiadka już zaliczona, miejsce noclegowe wpuści nas całodobowo. Zawieszamy się więc tak samo jak wszechświat wkoło nas. Ten widok mam przed oczami przez pół godziny. Albo przez całą wieczność bo nie wiem czy zegarki pokazywały prawdę.


W Łaziskach jesteśmy już po zmroku, z chyba półtoragodzinnym opóźnieniem. Przemykamy ciemnymi uliczkami, ciesząc się budynkami o elewacjach z czerwonej cegły albo w ogóle pomalowanych w ciekawe murale.


Przemierzamy tereny będące kwintesencją tego naszego cyklu zimowych wyjazdów pt: "małe, zadymione miasteczka". Wieczór jest mroźny - pizga okrutnie, mimo że ubraliśmy się jak na biegun. Ludziska też się grzeją jak mogą, a powietrze przesiane kryształkami lodu nie pozwala się dymom rozproszyć zbyt szybko, tworząc półstałe, stabilne formy. Pełgające latarnie i płożące się cienie dodają całości nieco mrocznej atmosfery. Mimo że przeważnie temu zaprzeczam, w takich chwilach muszę się przyznać do błędu - tak, zima czasem ma urok :)


Do miejsca noclegowego docieramy od tyłu. Brama zamknięta, nie ma żadnych szyldów więc rozważamy czy forsować płot górą czy nam jakiś pies nogawki wyszczypie? Czy to w ogóle jest to miejsce co trzeba? Dzwonimy na posiadany numer. Tak, miejsce właściwe, ale nikt nigdy nie przyszedł od tej strony. Babka szuka kluczy, aby otworzyć dawno nieużywaną bramkę. Obiekt obecnie działa głównie jako kwatery pracownicze - klasycznych turystów w Łaziskach chyba nie ma zbyt wiele. Oprócz nas zasiedliło się tu kilku budowlańców.


Rano ruszamy w stronę Łazisk Średnich - naszego głównego celu wycieczki. Dojechaliśmy do Górnych i tam też nocowaliśmy. W Średnich nie znaleźliśmy żadnego noclegu, a i dojazd był bardziej skomplikowany ze względu na chyba boczniejszą linię.

Mijamy niby zwykły blok - ale z wieżami!


Przejścia dla pieszych oznaczone potrójnym dzieckiem w różnych formach przestrzennych. "Dziecko" oczywiście musi je wypróbować ;)


Podążamy ulicą, która zmieniła nazwę, ale stare elewacje pamiętają...


Zabudowa powoli zanika, zagłębiamy się w zagajniki.


Śniegu coraz więcej... Jak to jest? Ponoć mamy teraz bezśnieżne zimy, często nawet w górach. A jak buba ruszy się na krok z Oławy to od razu wpada w śnieg po kostki.

Zarośla się przerzedzają, a przed nami wyrasta wielka góra.


To Hałda Skalny, która z daleka przypomina wulkan ze spłaszczonym wierzchołkiem. Kiedyś wykazywała również inne cechy wulkanów - jej wnętrze się żarzyło, unosiły się dymy, a podłoże było gorące i ponoć niektórym nadtapiały się buty na wycieczkach w to miejsce. Teraz hałda jest już "zrekultywowana" i robi za park miejski dla miasta. Acz szlag wie co tam naprawdę wciąż czai się w jej wnętrznościach? Na szczyt można wejść drogą, która jednak strasznie się wije i tym samym mocno nadkłada odległość.


Idziemy więc na przełaj - po prostu pod górę.


Wyleźlim!


Hałda świetnie obrazuje absurdy obecnego świata - na szczycie jednocześnie znajdują się parkowe ławeczki, prawie górska tablica z wysokością (389m n.p.m.) jak i ... zakaz wstępu :D Czekaj... to dla kogo te ławeczki i tabliczki postawili??? Dla owych przestępców, którzy pragną wtargnąć tu nielegalnie, bo wiedzą, że prawem to można sobie jedynie d... podetrzeć??


Postawiono tu również pomnikowy wagonik kopalniany.


W pogodne dni można ponoć z hałdy zobaczyć beskidzkie szczyty, a niektórzy przebąkują coś nawet o wschodnich częściach Sudetów czy Tatrach. Dziś możemy podziwiać jedynie industrialny krajobraz miasta u podnóża - elektrociepłownię, kopalnie, bloki, rury, wciśnięte pomiędzy zakłady przemysłowe kamienice. I inne hałdy zamykające widnokrąg.

Być może widoki nie powalają. Być może cały otaczający nas dziś świat wygląda jak ogladany przez brudną szybę. Ale też może dzięki temu jesteśmy na szczycie sami? Spędzamy tu chyba z pół godziny robiąc zdjęcia i mały piknik przy wagoniku. I nie ma nikogo więcej. Coś za coś. I trzeba przyznać, że dzisiejsza pogoda bardzo pasuje do naszych "małych, zadymionych miasteczek" :)

Sporą część widoku zajmują zabudowania KWK Bolesław Śmiały.


Różne kopalniane fragmenty na zbliżeniu. Fajnie tak choć z góry pozaglądać w miejsca, które zazwyczaj są trudnodostępne dla zwykłego turysty. Zsypy, krzyżujące się taśmociągi, jakieś baseny, odstojniki czy inne bajora z nieznaną mi cieczą.


Tu widzimy opasane rurami osiedle przy ulicy Zwałowej i Długiej, zwane też Wietnamem. Zawędrujemy tam nieco później.


Kładka nad torami, którą będziemy chodzić polując na wagoniki. I bloki w tle, które jakimś cudem unikneły oblepienia styropianem i pomalowania na łososiowo. Nieczęsto już takowe można zobaczyć.


Dom przy rurze położony wśród zaoranych pól.


Inne hałdy zamykające horyzont. Tam też pójdziemy :)


Dwie wieże.


Produkcja chmur trwa na bieżąco ;)


Zimowe wycieczki wymagają systematycznego dogrzewania się :)


Schodzimy nieco inną drogą.


Wszędzie prześladują nas wulkany! :P


Mijamy budynki z ciekawą, przestrzenną mozaiką.


Solidne pokrętła na skrzyżowaniu rur.




cdn

piątek, 30 stycznia 2026

Rowerem na dożynki - Oleśnica Mała, Wiązów (2025)

Nowy dzień - nowe dożynki. Dziś jedziemy do Wiązowa. Trasa okazuje się zdecydowanie dłuższa niż przypuszczałam. Mierzyłam nitką po mapie i wychodziło około 50 km tam i z powrotem. W rzeczywistości myślę, że wyszło sporo więcej, a przynajmniej takie były moje odczucia. A może gdzieś za dużo kluczyliśmy po drodze? Wodziło nas jak po bagnach? Szlag wie... ;)

Na skraju Ścinawy napotykamy pomysłowy kwietnik :)


Mostek na Psarskim Potoku. Bardzo lubimy to miejsce. Zawsze sobie tu siadamy, żeby się napić albo coś przekąsić.


Przystanki są też pod dzikimi jabłoniami :)


W Jankowicach Małych mijamy próg zwalniający... Co jak co, ale w takim miejscu to bym się go nie spodziewała! Ktoś miał mega fantazję - wylać na żwir trochę asfaltu i uformować z niego wałek. I jeszcze pomalować! A co! Nie wolno??? Trzeba mieć rozmach ;)


Przez pola i zagajniki docieramy do Oleśnicy Małej. Byłam tu na wycieczce z rodzicami w roku 2009 i wtedy udało się trochę pozwiedzać pałac również od środka. Cofnijmy się więc o te 16 lat w czasie.... Ów instytut ponoć nadal ma tu swoją siedzibę.


Pałac w różnych rzutach.


Uwielbiam takie betonowe klomby i malowane na biało krawężniki! :)


Stare drzwi i ich zamki.


Herby różniste.


I co najważniejsze - widzimy otwarte drzwi na klatkę schodową. Na tym etapie jeszcze nie wiemy - zamieszkane? opuszczone? kogo mamy szanse tam spotkać? Wbijamy. Kręte schody, dawne kominki, ozdobne sufity. I kwiatki doniczkowe. Żywe, zadbane. Dobitny znak, że miejsce jest używane.


Najciszej jak potrafimy stąpamy po schodach. Zza mijanych drzwi słyszymy dźwięki rozmów, szczekanie psa, trzaskanie garnkami. Idziemy zajrzeć na strychy. Nie ma tam nic szczególnego i porażającego swym pięknem czy tajemniczością. Dużo pajęczyn i zagospodarowanie przestrzenne świadczące o tym, że kapie z dachu.


Widok z okien przydachowych.


Podłogi skrzypią, schody również. No właśnie... Zaczęło być słychać każdy nasz krok, niezależnie jak bardzo staramy się być cicho. Gdy schodzimy słyszymy, że pół piętra nad nami otwierają się drzwi i jakiś koleś zaczyna wrzeszczeć. "Kto tu łazi? ja wam dam! zaraz wzywam policję!" Kit z policją, ale co najgorsze - krzykom kolesia towarzyszy ujadanie przynajmniej dwóch psów! No to żeśmy się ładnie wpakowali! Rodzice mi łeb urwą! Bo to wszystko to był mój pomysł. Żeby tu przyjechać i leźć w ciemno tam gdzie nas nie trzeba. Więcej pewnie nie będą chcieli pojechać ze mną "na pałacyki". Aaaaa!!!! To straszne! Zbiegamy ze schodów - byle bliżej do wyjścia. Ciekawe kto się okaże szybszy - my czy koleś (i jego psy...) Już prawie czuć na plecach ich wściekłe kły i ozory, gdy nagle otwierają się jakieś boczne drzwi i miła babeczka woła: "szybko, tutaj, do środka!" Wbiegamy. Drzwi się zamykają. Zamek przekręca. Jesteśmy uratowani! :) Tak trafiamy do małego pokoiku, gdzie mieszka nasza wybawicielka :) Prywatne mieszkanie, jesteśmy w gościach. Więc tamten koleś może nam teraz skoczyć :) Babeczka częstuje nas kawą i ciasteczkami. Chyba godzinę czy dwie tu siedzimy i snują się opowieści - o pałacu i mieszczącej się tu firmie, o sąsiedzie w góry (którego mieliśmy wątpliwą przyjemność PRAWIE poznać ;)), o okolicznych parkach i lasach. My opowiadamy o innych zwiedzanych, dolnośląskich pałacach. Jak to czasem dziwnie bywa - w totalnie nieoczekiwany sposób trafiasz do mieszkania zupełnie obcej osoby, a odczucie jakby się przyjechało w gościnę do ulubionej cioci.


Świat nie przestaje zaskakiwać. Takie sytuacje i takie spotkania są dla mnie kwintesencją podróży i udanej włóczęgi. Kilka kilometrów od domu może nas spotkać niezapomniana przygoda, która po wielu latach wciąż wywołuje uśmiech na twarzy i poczucie dobrze spędzonych chwil. A można się wybrać gdzieś w cholerę daleko, w miejsce pozornie o niebo atrakcyjniejsze i ... będzie nijako. Co więc decyduje o tym czy ów dzień będzie niezapomniany i wyjątkowy? Czy nasze nastawienie i jakiś rodzaj kreowania rzeczywistosci? Czy po prostu ślepy traf?

Tego dnia odwiedzamy też mauzolem położone w parku nieopodal pałacu - z polecenia naszej gospodyni. Ciekawe miejsce, takie dosyć mroczne... Zwłaszcza, że w międzyczasie zrobił się już wieczór i dziwne pohukiwanie ptaków (?) w parku nie dodaje nam specjalnie animuszu ;)


Takie to nieco przydługie wspomnienie, nierozłącznie związane z tym miejscem.


Wróćmy zatem w czasoprzestrzeń nam właściwą, do roku 2025 i do naszej rowerowej wycieczki na dożynki do Wiązowa. Nie idziemy tym razem do głównego wejścia pałacu. Jak to mówią "nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki", więc tym razem psy by nas już pewnie zeżarły ;) Zwłaszcza, że tamta babeczka mówiła o czekającej ją niedługo przeprowadzce, więc zapewne już od wielu lat tu nie mieszka (więc nie ma komu pośpieszyć na ratunek ;)

Rozsiadamy się na ogromnych schodach z przeciwległej strony pałacu.


Niby to samo miejsce, a takie jakieś krańcowo inne. Staram się jak mogę nie patrzeć na pałac przez pryzmat wspomnień sprzed lat. W końcu dziś pisze się zupełnie nowy rozdział naszej historii, pozwólmy mu więc padać na jak najbardziej czystą kartę. Chmurzy się. Wygrzany słońcem beton schodów miło grzeje w kuper - cały poranek był upalny. Wciągamy bułeczki z serem, popijamy sokiem pomidorowym - fajno, sakwy będą lżejsze. Tu właśnie zaczynam sobie zdawać sprawę, że nieco przeszacowałam z tą trasą. Już mam trochę dość, a tu do Wiązowa jeszcze spory kawał, a potem wrócić też trzeba. No i zaraz jeszcze te chmury gotowe nam prysznic spuścić na łeb. Ale wracać? No nie... Zwłaszcza, że to tylko ja opadłam z sił - kabak i toperz mają się całkiem dobrze i są pełni ochoty do wycieczki.

Idę obejrzeć pałac z tej strony. Nogi odpoczną od pedałowania, a eksploracja ciekawej okolicy zapewne pozwoli zapomnieć o zmęczeniu.


Pałac z zewnątrz (a przynajmniej z innych stron niż główne wejście) wygląda nieco jak opuszczony. Jest jednak pozamykany i nie natrafiam na żadne oczywiste dziur by zajrzeć do środka.

Tak się kończy Oleśnica Mała.


Witowice witają nas brukiem, kablowiskiem i coraz mroczniejszym stanem nieba.


Odbijamy na polne drogi w stronę Wiązowa.


Przyjemny mostek na rzece Oława. Ale jaja - ona tutaj też płynie?? Można by spływ kajakowy z Wiązowa do Oławy zapodać! :P


Klimaty dożynkowe. Acz wczoraj w Świętej Katarzynie było nieporównywalnie ciekawiej. Tu kilka straganów i tyle.


Na powrocie towarzyszą nam kręte polne drogi i widoki na wiatraki zamykające horyzont.


Czasem niestety trzeba wyjechać na asfalt.


Młyn Witowice, który obecnie robi za hotel.


Za Oleśnicą Małą nie omieszkamy wskoczyć do bajorka. Tutejsze oczko wodne jest niewielkie, ale pływa się cudownie. Nie chce się wychodzić! :)


Przemykamy przez ciemniejące Psary.


Zachód słońca łapie nas w polach między Lipkami a Ścinawą. Świetne kolory się trafiły. No i nawet górskie widoki mamy - Ślęża z Radunią prezentują swoje obłe sylwety.


Do Oławy wjeżdżamy już po zmroku.



I jednak nam nie dolało! Były chmury, była chwilowa mżawka, nawet jakiś jeden czy drugi piorun gdzieś grzmotnął po horyzontach. Postraszyło, postraszyło i ostatecznie się gdzieś rozpełzło.