piątek, 6 listopada 2026

Czarnogóra cz.2 (2026) - Jezioro Szkoderskie

Przejeżdżamy przez Wirpazar, ale czynimy to bardzo szybko, bo są upiorne tłumy. Może dlatego, że jest niedziela? Weekendy ostatnimi czasy wszędzie są nieprzyjemne. Jedyne co fajnego mi wpada w oczy w tej miejscowości - to pomnik na wysokim cokole.


Nasza trasa wiedzie wzdłuż jeziora. Przejeżdżaliśmy już tą drogą 10 lat temu, w drodze do Albanii, ale bez specjalnie długich postojów i odbijania na boki, więc pozostał spory niedosyt. Teraz jest więc plan, żeby okolicę okołojeziorną tu i tam trochę dokładniej obczaić. Skręcamy nad wodę w kierunku miejsca zwanego plaża Pješačac. Gruntowa droga prowadzi przez gęsty, zielony chaszcz i dochodzi do placyku.


Mijamy kilka zruinowanych, kamiennych domów. Przy jednym widać ślady remontu - wyraźnie ktoś próbuje przywrócić życie temu miejscu.


Droga prowadzi nad samym jeziorem. W sumie można by tu dalej jechać, ale przyjemnie się przejść w tak ładnym miejscu.


Tutejsze plaże mają podłoże z drobnych kamyków przypominających żwir. Kiepsko się po nich chodzi boso. Kurde... a wodne buty zostały w aucie. Do wody więc wchodzę na czworakach - wygląda to zapewne nadpodziw idiotycznie, ale wtedy jest znacznie mniejszy nacisk na stopy, więc mniej się wbijają ostre kanty kamieni ;)


Woda jest ciepła jak zupa - zwłaszcza jak porównać ją z Jelczem i Siechnicami sprzed tygodnia ;) Jak pływamy to mamy towarzystwo - węża... Nie wiem czy wodne węże są jadowite, ale na wszelki wypadek wolimy się oddalić. Jezioro mocno zarasta zielonym kożuchem - malowniczo to wygląda, ale chyba owe pływające dywany są ulubionym miejscem bytowania takowych gadzin.


W oddali majaczą zabudowania monastyru Vranjina. Ponoć nie dociera tam żadna droga lądowa i w transporcie trzeba się wspomagać rzeką.


Początkowo mieliśmy plan wypożyczenia deseczek i popływania po jeziorze. Gdzieś widziałam filmik, gdy deska pruje taką właśnie zieloną taflę, dodatkowo pełną liści i kwiatów. A może by się dało nawet na którąś z wysp dopłynąć? Taką z ruinkami? Ostatecznie jednak plan deskowy zostaje porzucony - na wyspy jest dalej niż myśleliśmy, w zielonych dywanach żyją węże, a po deski trzeba by wrócić do Wirpazaru i wbijać w to upiorne kłębowisko weekendowiczów. Z dwoma pierwszymi może jakoś byśmy się ogarnęli, ale ostatni punkt zdecydowanie przeważył na "nie". Tu niestety przy tej plaży desek nie pożyczają - co w sumie nawet jest dość logiczne, bo nie bardzo byłoby komu ;)

Wyspy oglądamy więc tylko z daleka. Najbardziej żal, że nie wybierzemy się na tą zwaną Grmožur. Są tam ruiny twierdzy, która w swojej historii pełniła również funkcje więzienia. Obecnie ponoć ulubiły ją sobie ptaki i węże - jako że mają tam względny spokój od dwunożnych potworów.


Ta sama wysepka zzoomowana w inny dzień z innej strony.


Jedziemy dalej. Wąska nitka asfaltu wije się przy skałkach lub nad przepaścią. Mijanka z ciężarówką nie należy tu do przyjemnych ;)


Chwilowo jeziora nie widać. W krajobrazie dominują góry gęsto oblepione roślinnością. Na mapach nie widać ścieżek w tych rejonach. Chyba na tych szczytach i zboczach ludzie rzadko bywają? W sumie nie wiem czy mieliby po co?


Rozdroże. Tam w górę też pojedziemy, ale dopiero jutro albo pojutrze.


Fajnie widać z daleka jak wije się droga wyryta w zboczu.


Jadąc dalej wzdłuż jeziora raz po raz otwierają się szerokie panoramy, zachęcające, ba! zmuszające do ciągłego zatrzymywania się.


Asfalt bywa tu przyjemnie wygryziony.


Poszarpanie linii brzegowej zawsze dodaje uroku krajobrazowi :)


Mniejsze i większe wyspy widziane na zbliżeniu. Mają tam urodzaj na klasztory!


Wysepki całkiem malutkie ;)


Horyzont za jeziorem zamykają postrzępione, skaliste szczyty Gór Przeklętych, w większości znajdujących się po albańskiej stronie. Poniższe zdjęcia na zoomach były robione z różnych miejsc i w różnych porach dnia - stąd mogą mieć dziwnie odmienne oświetlenie czy układ elementów krajobrazu.


Gdzieś tu przez te bagna przebiega granica między Czarnogórą i Albanią.


Albańska strona jest zdecydowanie gęściej zaludniona - pewnie dlatego, że po czarnogórskiej wybrzeże jest dość bagniste.


W porównaniu z domeczkami góry sprawiają wrażenie gigantycznych.


Na jednym z przydrożnych placyków spotykamy turystkę ze Szwajcarii. Podróżuje już trzeci miesiąc po Bałkanach i chyba trochę się nudzi. Zwłaszcza widać, że jest spragniona kontaktu i lubi pogadać. Początkowo wydaje się to całkiem miłe, ale po chwili przechodzi w pewną nachalność, zwłaszcza w kwestii różnych, dość osobistych pytań, na które domaga się odpowiedzi. Zaczynają też padać propozycje - "a dokąd jedziecie? co planujecie zwiedzać? ja nie mam pomysłu to może pojadę z wami?", "a gdzie nocujecie? to ja dołącze!", "może pójdziemy do restauracji, zjemy, napijemy się, dziś ja stawiam". Subtelne "nie dziękuje" nie osiągają zadowalajacych rezultatów, więc decydujemy się spędzić w tym ładnym miejscu mniej czasu niż planowaliśmy. Trochę dziwnie się robi, gdy okazuje się, że babka wsiada w auto i jedzie za nami. My zwalniamy, ona też. My przyspieszamy, ona również. Zatrzymujemy się - zgadnijcie? Nosz k....!!!! Zajedziemy na miejsce biwaku - to będziemy ją mieć na głowie przez kolejne 2 dni! Albo i więcej. Skręcamy w boczną drogę. Odpuszcza dopiero, gdy asfalt się kończy - jej auto było zdecydowanie bardziej niskopodłogowe. Uffff! Kabak jednak mądrze zauważa: "Tym razem się udało, ale nie wiem czy jak goni cię psychopata to najlepszym wyjściem jest wbijanie w najbardziej odludne krzaki" ;)

O miejscu noclegowym na razie nie wspomnę - a nuż jeszcze Szwajcarka usłyszy?? Bedzie o nim dopiero w następnej relacji ;)

Mijamy jakiś grób/pomnik przy którym dokazuje stadko kóz.


Na którymś etapie droga oddala się od jeziora. Możemy się więc cieszyć jedynie górami i przyklejonymi do zboczy wioseczkami o czerwonych dachach.


A toto wygląda na stary przystanek autobusowy. Ciekawe czy nadal tu coś jeździ? Nie spotkaliśmy żadnego autobusu (na szczęście - emocje związane z jedną ciężarówką wystarczą ;)


Widoki na jezioro pojawia się znowu w miejscu, gdzie droga "odbija się" od granicy i drastycznie zmienia kierunek.


Można podejść do dawnego posterunku granicznego. Ruina betonowej budki stoi w bardzo malowniczym miejscu.


Kawałek dalej tabliczka.


Rozciągające się wokół szerokie przestrzenie - góry, zielone doliny, wystające gdzieniegdzie z zieloności dachy opuszczonych domów, to już chyba w większosci Albania.


Zbliżenie opuszczonych przysiółków pożartych przez chaszcze.


Oddalając się od jeziora i jadąc w stronę morza wciąż towarzyszą nam sympatyczne widoki. Ale to już temat na inną relację.



Główną nadjeziorną drogą żeśmy pojeździli, czas teraz powbijać w te bardziej boczne trakty - zarówno stromo opadające w stronę jeziora, jak i wspinające się na zbocza gór.

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz