czwartek, 5 listopada 2026

Czarnogóra cz.1 (2026) - Podgorica, twierdza Lesendro

W tym roku podróż samolotem do Czarnogóry jest wyjątkowo uciążliwa. Na lotniskach jest dziki tłum (już nawet we Wrocławiu) a w Warszawie to trzeba się dosłownie przepychać łokciami, żeby dojść do kibla - jak na jakimś koncercie. W samolocie mamy obrzydliwe towarzystwo - 3 umalowane dziunie wiozą 7 sztuk młodych. Jedno z nich jest niemowlęciem i to zachowuje się przyzwoicie - śpi albo rozdziera gębę, gdy trzeba włożyć butelkę. Pozostałe bachory w wieku 6-10 lat - to jest jakaś masakra. Biegają po samolocie również gdy startuje, puszczają muzykę z komórek na cały głos, kopią w siedzenia, drą się wniebogłosy, wchodzą w miejsca tylko dla personelu, rzucają jedzeniem i śmieciami. Matki nie reagują oprócz "Kubusiu przestań". Co dziwne - obsługa również zero reakcji, udają że nie widzą, nawet gdy się im pokazuje palcem. Ciekawe czy jakby jeden z drugim poszedł usiąść pilotowi na kolana - również nie spotkałoby się to ze sprzeciwem? Mam wrażenie, że większość pasażerów tylko czeka z nadzieją, aż któryś dzieciak sobie rozbije pysk i wreszcie ktoś coś zrobi. Jak powiedziałam gówniarzowi, żeby przestał kopać w mój fotel - to mi pokazał język i zaczął kopać jeszcze mocniej głupio się śmiejąc. I jakby dostał strzała w łeb - to mnie by zapewne natychmiast wyprowadzi w kajdankach, że biję dzieci... Na lotnisku w Podgoricy dzieciarnia robi wyścigi na walizkach wpadając na ludzi i wozi się na taśmie dla bagażu. I również nikt nic... Kabak patrzy z zazdrością i pyta czy też może pojeździć na taśmie, bo zawsze o tym marzyła. I co w takiej sytuacji? Pozwolić? Czy powiedzieć, że mogą jeździć tylko te dzieci, które za rodziców mają skończonych chamów? Sytuacja jednak rozwiązuje się sama - jeden bachor wsadził rękę gdzieś pod taśmę i mu solidnie przeczochrało. Krew się leje, gówniarz się drze bardziej niż zwykle, mamusia wreszcie odzyskuje wzrok i słuch. Wiem, że się mówi, że nie powinno się cieszyć z cudzego nieszczęścia, ale teoria i rzeczywistość to dwie różne rzeczy. I pocieszające jest, że nie tylko ja jestem złym człowiekiem, bo słyszę niejeden komentarz w stylu "mam nadzieję, że urwało przynajmniej z dwa paluszki..." Szczęśliwie fragmenty ręki nie zablokowały mechanizmów taśmy - bagaże dostajemy na czas i możemy opuścić ten pierdolnik.

I pomyśleć, że ktoś jedzie sobie na wakacje do jakiegoś hotelu w Czarnogórze, chce tam wypocząć i trafia na takie bydło w pokoju obok... Brrr...

Potem odbieramy auto z wypożyczalni. Nazywamy go "Kamyczek", no bo Skoda Kamiq.


Wielkość podobna jak rok temu, niestety chyba trochę nowszy, bo np. nie ma korb w oknach tylko guzik. Ale za to ma chyba wyższe zawieszenie. Boczki ma obdrachane jak należy, widać niejedną fajną drogą już jeździł. Pierwsza wada Kamyczka, która nam się rzuca w oczy - wygląda jak 3/4 samochodów w Czarnogórze. Prawie wszyscy miejscowi mają tu srebne auta podobnej wielkości i kształtu. Gdziekolwiek go zostawiamy np. pod sklepem czy na większym parkingu - potem za cholerę nie możemy go znaleźć. Zapisuję sobie na ręce jego rejestracje, no bo inaczej nie ma opcji! Acz z drugiej strony - może to właśnie wielka zaleta a nie wada? Nie będzie lazł w oczy stojąc gdzieś w krzaku!

A! Kamyczek coś do nas mówi. I raczej nie jest to po czarnogórsku ;)


Zaraz obok na parkingu 3 Hindusów próbuje oddać samochód, ale chyba go za bardzo podrapali albo przehandlowali pół silnika - szlag wie? Jest dość duża kłótnia i machanie rękami. Mam nadzieję, że nas to nie czeka za 2 tygodnie.

Bardzo się cieszymy, że już niedługo będziemy mogli ograniczyć interakcje z ludźmi i skupić się na kontaktach wyłącznie z kolczastymi krzakami, wężami i jeżowcami.

Krajobraz praktycznie natychmiast po wyjściu z budynku lotniska staje się bardzo przyjemny! :)


Potem klasycznie - nabywamy butle w sklepie na skraju torowiska opuszczonych pociągów. Żarcie kupujemy na 3 dni, ale chyba coś źle obliczyliśmy, bo potem połowę zjedliśmy na kolację ;)

Na nocleg zatrzymujemy się na jakimś nowym blokowisku, gdzie jedno mieszkanie na ostatnim piętrze jest na wynajem. Była to najtańsza opcja noclegowa w Podgoricy jaką znaleźliśmy w internecie.


Przed domem, mimo że taki nowy, siedzą dziadki z winkiem, gadają, dokarmiają koty i najwyraźniej trochę się nudzą. A tu przychodzą turyści ciągnąc całe tony bagażu. Toż to lepsze niż nowy serial w telewizorze! Od razu więc wino i koty idą w odstawkę, a kilka osób zrywa się, aby nam pomóc, głównie dobrymi radami. Jeden dziadek biegnie, aby pokazać w której skrzynce na listy jest ukryty tajny klucz, a potem odprowadza pod drzwi, pomaga nieść torby (zwłaszcza kabakowi, bo jej najłatwiej wyrwać). Jest bardzo zmartwiony jak my wejdziemy do mieszkania, skoro w skrzynce nie było klucza, już chce dzwonić do właściciela z pretensjami. My dostaliśmy smsa, że klucz jest pod dywanikiem. Mam wrażenie, że poprzednio był w skrzynce, no ale teraz już i miejsce pod dywanikiem jest spalone. Dziadek mówi, że zna tylko serbski język, ale o dziwo dość dobrze go rozumiemy. Opowiada ploty o połowie okolicy i straszy nas Cyganami, którzy obok sprzedają arbuzy, że okradają auta i żeby nic nie zostawiać w środku. Hmmm... mam nadzieję, że fotele można zostawić?

Nasz pokoik jest ok, no może oprócz czajnika, który nie ma pokrywki i jak się gotuje to rzyga wrzątkiem na wszystkie strony. No a podejść trzeba, bo sam się nie wyłącza.

Na ścianach wiszą dwa obrazy, sprawiające wrażenie, że przedstawiają miejscowe pejzaże. Jeden to chyba Zatoka Kotorska?


A to wyglada na Jezioro Szkoderskie? Jeśli tak - to musimy pamiętać, że lepiej nie zbierać tam muszelek ;)


Widok z okna jest ładny - no o ile w ogóle ładny może być widok na miasto? No więc może napiszę lepiej, że jest szeroki i przestronny. Fajnie, że tak zaraz za wieżowcami są góry - jak w Wałbrzychu :)


Jak przyjechaliśmy to było cicho. Nocą auta zaczynają jeździć. Musimy więc zamknąć okna, więc jest dusznawo.

Jedno łóżko, takie co się składa w kanapę, okazuje się być połamane - pewnie skakały po nim takie bachory, jak te co spotkaliśmy w samolocie. I żeby kabak miał gdzie spać - to pół godziny podkładamy do środka poduszki, ręczniki i szlag wie co jeszcze. Dostęp jest utrudniony bo musieli walnąć fikuśny filarek. Tak to jest z tymi nowoczesnymi sprzętami, że działają póki są nowe. Stare, klasyczne łóżko jak się złamie noga - to można postawić na cegłach, a tu kombinuj i łam sobie ręce wkładając je w wewnętrzne labirynty dziwnych komór. No ale ostatecznie sukces!


Rano cudownie kwiczą jaskółki i prawie całe nasze pranie wyschło. Cudowności! U nas to się praktycznie nie zdarza, aby pranie wyschło przez noc! Co za wspaniały klimat!

Jedziemy w stronę Jeziora Szkoderskiego, gdyż jego okolice są naszym planem na kilka najbliższych dni. Mija nas pociąg towarowy. Nawet chwilę się "ścigamy" - raz on nas wyprzedza, raz my jego. Robię mu zdjęcia, a maszynista mi macha i bipa klaksonem.


Wjeżdżamy na groblę przecinającą jezioro. Przy drodze stoją różne pływające ustrojstwa.


Gdy tylko stajemy i wysiadamy z auta - od razu nas atakują wodni naganiacze, proponujący rejsy po jeziorze w kosmicznych cenach. Wszyscy zgodnie spływają, gdy pytamy o deseczki. No bo deseczek nie mają.


A nas głównie tu interesuje twierdza położona na grobli. Aby do niej dojść musimy przejść kawałek torowiskiem.


Liczymy, że przez jakiś czas pociągi nie będą jeździć - skoro jeden właśnie przejechał i zniknął za zakrętem, a tor jest jeden. No i co? Magia! Chwilę później jedzie pociąg! Inny! W drugą stronę. Trzeba zwiewać do rowu.


Jezioro mocno porasta zielonościami.


Twierdza Lesendro jest położona w widokowym miejscu i intensywnie pachnie wygrzanymi ziołami. Gdy ją budowali (XIX wiek) była tu wyspa - grobla powstała dopiero dużo później na potrzeby szosy.


Teren jest mocno zarośnięty. Tzn. na warunki polskie mocno - na czarnogórskie lekko ;) No ale to pierwszy dzień, więc jeszcze nie przywykliśmy. Nogi, ręce i gęby zyskują więc pierwsze szramy od jeżyn gigantów i wszelakiego innego egzotycznego kolczasto-parzącego tałatajstwa, którego imion nie znam.


Szukamy wejścia - trzeba jakoś sforsować mur.


W kłębowisku ziół siedzą ukryte różne niespodzianki - od drutu kolczastego po panele słoneczne. Mamy podejrzenia, że te drugie zasilają wieczorne podświetlenie murów.

Bez problemu znajdujemy odpowiednią szczelinę, aby móc nacieszyć się ruinami również od wewnątrz.


Czarny owad o połyskliwych skrzydełkach bardzo ładnie nam pozuje.


A z murów możemy podziwiać tafle wody, obramowaną górskimi szczytami i śledzić jak łódki sobie mkną pośród zielonych kożuchów.



Jezioro jeszcze jakiś czas będzie nam towarzyszyć w wędrówkach.

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz