poniedziałek, 12 października 2026

Uwędzeni w dymie cz.10 (2026) - Vapenny, Travnik

Parkujemy na przełęczy Křižanské sedlo. Tu też planujemy dziś nocować.


Idziemy na spacer gdzieś w stronę Vapennego.


Mijamy kapliczkę św. Krzysztofa.


Teraz niestety nie ma tu pastwisk.


Dziś jest dziwna pogoda.


Jest pochmurno, ale nie pada. Koło nas nie ma mgły, ale są bardzo zamglone wszystkie widoki. I to nie tak, że siadła gdzieś chmura i nic nie widać, bo widoki są, ale jakieś takie... brudne. Jak przez zaparowaną szybę w obryzganym błotem autobusie. Albo jakby nam oczy nie złapały ostrości. Zdjęcia wyszły więc bardzo średnio, ale robiłam je tak z kronikarskiego obowiązku ;) No bo skoro było tak dupiato - to warto to uwiecznić na pamiatkę.


Aby kontynuować wycieczkę musimy się przedzierać przez krzaki, bo drogę zatarasowały pojazdy zrywkowe.


Natrafiamy na jakieś ruiny. Nie wiem co tu mogło być z kratami w oknach?


Dalej stoją kolejne machiny, ale szczęśliwie nieruchome, więc można swobodnie przejść obok.


Coś nam dziś nie poszło z tą wycieczką - szaro, zimno, horyzonty brudne, las przemielony, błota po kolana...

A po co my tu w ogóle leziemy? Ano bo chcieliśmy zobaczyć nową utulnię, co ją niedawno postawili. Ocenić przydatność noclegową na bliżej nieokreśloną przyszłość. A więc - Útulna Trávník. Drewniany trójkącik stoi na skrzyżowaniu przemielonych dróg. Podłoga drewniana. Stół, ławy. Drzwi brak. Jest stryszek, ale chyba jednoosobowy. No góra dwu. W trójkę na bank byśmy się tam nie wcisnęli. Super, że wiatkę postawili, ale szału nie ma.


Na widokach dziś szczególnie nie użyjemy, więc trzeba się skupić na podwędzaniu, jedzeniu i piciu. Za wiatką zmyślni Czesi już zrobili miejsce na ognisko. Wielki szacun dla tego narodu - dogodne miejsca ogniskowe są dosłownie wszędzie. To się bardzo ceni! :)


Trochę podjedlim, ogrzalim się ze środka i z zewnatrz, więc idziemy dalej. Z jaskiniami szczęście nam dopisuje podobnie jak z widokami. Západní jeskyně jest zamknięta...


Ale przynajmniej trochę fajnych bunkrów żeśmy w tych lasach poznajdywali!


Wracamy. I w momencie, gdy robimy ten obrót na pięcie - zaczyna przebłyskiwać słońce. Od razu robi się jakoś przyjemniej.


Wiata Travnik na tle błękitu też sprawia dużo przytulniejsze wrażenie.


Nawet pojazdy zrywkowe stoją porzucone, więc możemy je dokładniej pooglądać, skupiając się na ciekawych detalach, a nie na tym czy nam bela na łeb nie spada ;)


Wieczorne widoki zaczynają się nieco przecierać.


Las podświetlony chylącym się ku zachodowi słońcem.


Zatrzymujemy się jeszcze w wiacie przy kapliczce.


I postanawiamy rozpalić małe ognisko, żeby upiec kanapki.


I mamy tu dość dziwną przygodę. Ledwo zaczynamy podpiekać kiełbaski, gdy słyszymy warczenie silnika i na pobliską drogę wtacza się zielona terenówka. Z auta wyskakuje koleś, również ubrany w kolory dobrze maskujące się w terenie (leśniczy, myśliwy) i machając rękami biegnie w naszą stronę. Z wypływającego z jego ust słowotoku udaje się nam zrozumieć, że nie podoba mu się fakt rozpalenia ogniska w tym miejscu, że nie wolno, że jesteśmy źli i że nic się już nie da zrobić - dostaniemy mandat za owo straszne przewinienie. Już coś ciągnie z torby - jakieś grube notesy, zaczyna klikać w telefon jakby chciał gdzieś zadzwonić i wyraźnie wydaje się być panem istnienia w tejże sytuacji. Ja na tym etapie zaczynam mu mówić (po polsku i na migi bo po czesku nie umiem), że rozumiem, że w lesie ognisk nie wolno poza miejscami wyznaczonymi, ale tu jest wyraźnie wyznaczone miejsce dla turystów - stoi wiata, a obok wiaty jak byk ułożone z kamieni palenisko. Na tym etapie na twarzy gościa pojawia się zauważalna zmiana. Tak jak był pewny siebie i triumfujący, że schwytał złych turystów - teraz jakby w jego oczach pojawił się niepokój, konsternacja, niepewność. Tak jakby było to w jakiś sposób sprzężone z tym momentem, gdy się odezwałam i gdy zobaczył w nas obcokrajowców. I natychmiast spuszcza z tonu. Więcej nie pada ani słowo o żadnych karach. Mówi tylko, że jak zjemy kolacje to mamy dobrze zgasić ognisko i że on będzie tędy jechał ponownie za pół godziny - i ma nas już tu nie być. Mówimy, że taki własnie był plan, pokazujemy, że mamy 2 butelki wody na zalanie ogniska i że zgasimy jak zjemy. Koleś jest coraz bardziej zdenerwowany, pośpiesznie wycofuje się (idzie tyłem), wskakuje do auta i odjeżdża. Ki diabeł??? Co się tu właśnie odpierdzieliło? Zazwyczaj miałam wrażenie, że będąc w innym kraju jest się zawsze w gorszej sytuacji niż lokals - bo się mniej zna zasady, bo się trudniej dogadać, bo się nie ma znajomych itp. A tu wychodzi, że jakbyśmy byli Czechami to byśmy dostali mandat, a tak koleś ogonek pod siebie i nawiał truchcikiem. Albo powód był jakiś zgoła inny - tylko nie przyszedł mi do głowy?

Kanapki zjadamy, kiełbaski również. Dopijamy termosy. Gasimy ognisko. Mineło ponad pół godziny. Gość nie wracał. Powoli oddalamy się. Długo nasłuchujemy czy nie doleci nas warkot silnika. Nie doleciał. Nie spotykamy już tego gościa. Nie wiemy więc kim był i o co tak naprawdę chodziło.

Noc jest lodowata, ale poranek słoneczny. Dziś zapewne widoki byłyby ładne. Niestety jest to już dzień naszego powrotu do domu:(


Już po polskiej stronie zjeżdżamy w jakieś fajne boczne drogi wykładane kostką, wijące się przy PGRach i opuszczonych fabryczkach. Dawna cukrownia w Piotrowicach.


Były Multicary...


I co najważniejsze - piękna płaskorzeźba!





KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz