niedziela, 9 sierpnia 2026

Chropaczów - hałdy nad Ajską (2026)

A my znów wracamy do Chropaczowa. Wycieczka sprzed dwóch miesięcy pozostawiła spory niedosyt, więc teraz dokładnie wiemy, w które zaułki trzeba zajrzeć. Wysiadamy z tramwaju i od razu walimy w rejon kamienic przy torowisku. Ulica Pileckiego. A dalej już tylko chaszcz.


Między Chropaczowem, Lipinami a Godulą znajdują się poprzemysłowe tereny. Ostatnio zabrakło nam czasu, aby tam się zapuścić. A może czai się tam coś ciekawego?

Gdzieś w oddali majaczą Szombierki - kominy elektrowni i kopalniane szyby. Żal, że nie wzięłam aparatu z zoomem.


Kawałek dalej schodzimy nad zbiornik wodny. Ajska go zwą. Dziwnie tak brzmi... Internety mi powiedziały, że nazwa pochodzi od niemieckiego słowa lód - "Eis". Bajorko zazwyczaj zamarzało zimą, a lokalsi robili tu sobie ślizgawkę.


Nad stawem wznosi się hałda. Jej stożek nieśmiało wygląda spomiędzy zieloności. Hałda jest dwukolorowa - ma barwy buro - ceglaste. Ponoć miejscowi ją nazywają Kopyto.


Hałdę usypano z różnych odpadów produkowanych przez okoliczne zakłady - głównie hutę cynku "Guidotto" i kopalnię "Śląsk". Po terenach, gdzie dawniej stały te zakłady będziemy sobie dziś wędrować. Szkoda, że obecnie ciężko już namierzyć jakiekolwiek pozostałości. Była tu jeszcze w okolicy większa hałda "Ajska", ponoć pyląca i płonąca w środku. Kilkanaście lat temu została rozebrana. To w ogóle był jakiś taki moment, że większość śladów dawnego przemysłu znikneło z krajobrazu Śląska. Szkoda, bo hałdy i kominy powodowały, że teren miał swoją specyfikę, że Śląsk wyglądał inaczej niż Mazury czy inna Wielkopolska. Fajne były kiedyś czasy, gdy każdy kawałek Polski był inny, miał swój wyraz, a nie wszędzie totalna unifikacja. Szkoda, że nie zdążyłam tych wszystkich hałd obczaić, obfotografować i nacieszyć się ich specyficznym pięknem. Spokojnie mogłam to zrobić, ale szukałam ciekawych miejsc w dalekich krajach, wierząc, że to co mam pod nosem będzie trwać wiecznie...

Rodzice zostają nad stawem, a ja z kabakiem biegnę na szczyt. Ścieżki są dosyć strome.


Z tą nazwą "Kopyto" - to jest coś na rzeczy! Acz zdecydowanie jest to zwierz parzystokopytny ;)


Niczego sobie "skałka" się uformowała!


I znów otaczają nas zbocza cieniowane na rudo.


A tu zdjęcie na dowód, że faktycznie żeśmy wylazły na samą górę - zrobione przez mojego tatę stojącego u podnóża.


Brzozy tak jak buby - też lubią hałdy!


Idąc dalej teren staje się płaski i coraz mocniej zarośniety. Tylko fragmenty dziwnie czarnego, żużlowatego gruntu przypominają, że znajdujemy się na hałdach.


A to kolejne wzgórze znajdujące się kawałek dalej od stawu, również przemysłowego pochodzenia. Ono jest czarne, tu już nie widać cieniowania na rudo. Nie ma również malowniczych szpiców - ot obły płaskowyż ze szlakowatych kamyków. Miejsce ma jednak swoje zalety np. rozległe widoki. Tutaj więc zapodajemy piknik.


A się skubaniec rewelacyjnie maskuje na tej nawierzchni!


Nasz dalszy spacer wiedzie torami. Przypuszczalnie coś tędy jeździ, ale chyba nie za często. I raczej tylko towarówki, więc Pendolino nie powinno nas rozchalapać ;)


Kolejowa wędrówka nie trwa długo - schodzimy pod wiadukt, by dalej podążać ulicą Sztygarską. Solidna betonowa budowla - jak jakiś bunkier, a nie tylko przepust pod torami.


"Bunkier" przechodzi w długi, ceglany "półtunel".


Szukamy tu pozostałości po dawnej kopalni. Jednak nie ma żadnych ruin, w ogóle mało się zachowało czegokolwiek mogącego świadczyć o przemysłowej przeszłości tej okolicy. No jest komin. Duży komin.


Ceglane hale - zadrutowane płotem i wciąż wykorzystywane do jakiś celów.


Kopalniane wagoniki - stojące na skraju złomowiska, więc chyba nic dobrego ich nie czeka...


No i chyba byłoby na tyle... Można się jeszcze nacieszyć powojami i dziewannami :)


Powoli wracamy na przystanek, mijając różne zaułki i wąskie przejścia.


Mural z górnikiem.


Kamienica z dziwnym, betonowym wzmocnieniem parteru. Chyba jeszcze takiego nie widziałam.


A wszystko pod czujnym okiem naokiennych uszastych.


Jest też naturalny ogród przed jedną z kamienic. Wszystko wskazuje na to, że wyrósł sam, nikt go nie sadził, nie pielęgnował - a ile cudnych, kolorowych kwiatów!


Początek lipca to chyba też najlepszy czas na łany podróżnika błękitnego (cykoria podróżnik). Czy kiedyś wspominałam, że to mój ulubiony kwiatek??


Bardzo przyjemny obiekt namierzamy też kawałek dalej. Co to za ściana bluszczu?


Taka dziwna? Jakby dokładnie prostokątna?


Ano paczkomat! Zwykły, najzwyklejszy paczkomat - a tak pięknie obrósł!


No i znów masowo pozamykane sklepiki, zakładziki, knajpki. To jakaś plaga w tym Chropaczowie!



Chropaczów znów nie zawiódł! Może tu jeszcze kiedyś wrócimy??

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz