Opuszczamy zamglony teren "ostrzyc" siedzących w chmurach, kierując się nieco na zachód. Po drodze nie robię zbyt dużo zdjęć, bo wszędzie tak szaro i ponuro...
Jedynie ogromne stada ptactwa krążą nad polami. Zawsze lubię oglądać takie "ławice", które zachowują się jak jeden organizm, jak jakaś jedna wielka, przelewająca się ameba.
Czasem wpadnie w oczy jakiś klasztorek na szczycie albo inny pomnik walca.
Nasz plan na dzisiaj zakłada posiedzieć przy ognisku. A że co chwilę jest zlewa - to znaleźć jakąś jaskinię czy chociażby skalny okap, aby rozpalić owo ognicho pod dachem i nie musieć się co 15 minut rozkoszować kolejnym prysznicem. Na poszukiwania odpowiedniej miejscówki ruszamy z wioski Veseli. Nie wiem ile jest dokładnie stopni, ale zdecydowanie za mało ;) Dla przypomnienia - jeszcze wczoraj chodziliśmy w krótkich spodenkach i rozważaliśmy w jakim bajorze zażyć by kąpieli. Dziś wciągamy na siebie chyba wszystkie zabrane ciuchy i oględnie mówiąc - nie przegrzewamy się zbytnio...
Początek trasy to droga z wygryzionego asfaltu wiodąca przez pastwiska. Plecaki mamy wyładowane żarciem, piciem i... jenotami ;) Cała rodzina jenotów z nami podróżuje - mama jenot, tata jenot i 4 malutkie jenociki :) Tata jenot jest tak gigantyczny, że nie mieści się do kabaczego plecaka, więc wędruje z toperzem i z góry dogląda swojej rodziny.
Są tu góry, w zasięgu wzroku nawet, ale można powiedzieć, że dosyć daleko ;)
Potem droga wkracza w lasy.
Dominują tu sosny. Pozornie przypomina to zwykły las gospodarczy znany z polskich nizin.
Wszystko skąpane jest w wilgoci. Podziwiamy kapeluchowate, rosnące masowo jak... grzyby po deszczu ;)
Malownicze pajęczyny z tysiącem kropelek...
albo wyłaniające się z mchu i igliwia dobrane kolorystycznie do okolicy wykładziny.
W lesie jest raczej kameralnie. Mokry i zimny wrześniowy poniedziałek nie jest chyba okolicznością zwabiającą w teren tłumy turystów. Całkiem pusto jednak nie jest, spotykamy kilka osób zachowujących się hmmm... w sposób nie do końca standardowy ;)
Trzykrotnie widzimy osobników, których bierzemy za grzybiarzy - gumiaki, kijaszek, jakiś pojemnik w ręce. Typowa sprawa - jesień, mokry las, grzybów kupa. Najpierw widzimy kolesia z babką, którzy z wiaderkami idą drogą w naszą stronę. Będąc w odległości 50-100 metrów od nas skręcają w las, pewnie na zbiory - myślimy sobie. Mijają nas lasem, po czym wychodzą znów na drogę 50 metrów za nami. Pół godziny później, inny koleś z reklamówką, zachowuje się analogicznie. Mijamy też dwie babcie z koszykami, ale koszyki są przykryte serwetkami - trochę jakby szły do święcenia na Wielkanoc. Czy w Czechach zbieranie grzybów jest zabronione, że tak się czają? Albo w tych koszach/wiadrach nie grzyby noszą?
Rozważamy właśnie co jest na rzeczy z tymi miejscowymi grzybami, gdy zza zarośli widzimy samochód. Ścieżka, którą podążamy, jest wąska, taka dość trudno przejezdna dla osobówki. Auto wyraźnie nie jest zaparkowane - a schowane, wbite w połowie pod drzewo o długich, gęstych gałęziach. Gdybyśmy szli od innej strony w ogóle nie byłoby go widać. Bok jest mocno pordzewiały, drzwi uchylone, szyby otwarte lub wybite - chyba więc porzucony wrak? Już mam pomysł na ciekawe zdjęcia, typu - my na dachu, ręka już sięga po aparat... Nie zrobiłam jednak zdjęcia, bo w ostatniej chwili dostrzegam, że w środku ktoś jest!!! Był to rzut oka na ułamek sekundy - w środku siedzi koleś w różowej bluzie, o ciemnej karnacji, coś jakby Cygan. Jednak nie to zwraca największą uwagę - koleś od pasa w dół jest rozebrany, a wspomniane wcześniej uchylone drzwi służą do przytrzaskiwania sobie przyrodzenia... Chyba to taki rodzaj zabawy. Gość chyba nas zobaczył, z lekka się wystraszył (nie spodziewając się pewnie odwiedzin w taką pogodę, z dala od szlaków) i chyba raz sobie przytrzasnął tymi drzwiami z lekka za mocno. Zawył okrutnie, a my wyciągamy nogi solidnie i szybko dajemy w długą za krzakami, byle umknać z tej drogi. Trochę mamy pietra, bo zabawiający się w ten sposób osobnik może mieć też inne niecodzienne zachowania, a może jeszcze dodatkowo być na nas zły za to nagłe, niespodziewane najście (zakończone zapewne bolesnym incydentem). Nikt nas jednak nie goni z maczetą, więc po chwili już na spokojnie wędrujemy dalej. Na wszelki wypadek jednak wracamy inną drogą i pilnie wypatrujemy czy nigdzie nie wystaje z krzaków bordowy opel bez tylnych blach. Od tego momentu tutejsze okolice nazywamy na własne potrzeby "Lasem Zboczeńców" ;)
Nagle i dość niespodziewanie w owym równinnym, monotonnym lesie - wyrastają skały. To znak, że zbliżamy się do właściwego miejsca. Wzrasta falistość terenu. Raz po raz wspinamy się na wzniesienia czy schodzimy w wąwoziki.
W końcu jest! Nasza poszukiwana miejscówka :) Z zewnątrz prezentuje się niepozornie - czarna dziura w skale.
Wnętrze jest dużo bardziej spektakularne. Komory jaskini są rozgałęzione, jest ich kilka, a najwiekszej malowniczości dodają moim zdaniem otwory, jakby oczy czy okna i kolumny podpierające strop - typowe dla tutajszych skalnych jam.
Pojawiają się rysunki naskalne - pewnie pamiątka po biwakowiczach z odległej prehistorii ;)
Widoki pseudogórskie jakieś są, ale raczej bez szału.
W tym miejscu spędzamy kilka godzin, słuchając jak raz po raz okoliczne lasy wypełnia szum deszczu. Obserwując jak nagle znikąd pojawia się mgła, która wpełza do jaskini i miesza się z ogniskowym dymem, wypełniając wilgocią również naszą suchą norkę. Odwiedza nas jeden zmoknięty i zmarznięty czeski wędrowiec, z którym niestety ni cholery nie możemy się porozumieć. Na szczęście kubek wypełniony ziołowym rumem jest gestem bardzo międzynarodowym i chyba koleś bardzo się ucieszył z takiego powitania. Kubek ochoczo wychylił, chwilę się pogrzał przy ognichu i ruszył gdzieś w mglistą dal ku swemu przeznaczeniu. I znów zostajemy sam na sam z jaskinią, a przeciągi, które się tu tworzą świstają dziwnie w skalnych otworach. Najdziwniejszy jest jednak dźwięk zderzających się ze sobą sosen, targanych tak pod wpływem wiatru. Niektóre robia tylko "puk" lub "łup", inne chwilę trą się korą i gałęziami, jakby się zaplątały. Ten odgłos, taki krrrr... jest dosyć nieprzyjemny, kabak wręcz mówi, że czuje dreszcze na plecach. Czasem mam wrażenie, że kabak słyszy więcej niż my.
Nieraz ognisko nieco przygasa i trzeba je rozdmuchiwać.
Jaskinię opuszczamy, gdy dzień ma się ku wieczorowi. Dziś nocleg w Dřevěnce.
To miejsce, gdzie byliśmy już nie raz i zawsze chetnie wracamy. Przypomina ono nieco nasze schroniska PTTK z dawnych lat. Tym razem nie robiłam dużo zdjęć, ale np. TU czy TUTAJ są relacje z wcześniejszych pobytów.
Po drodze, w którymś z gospodarstw, natrafiamy na ciekawą scenkę - koleś karmi koty. DUŻO kotów! :)
Warto zwrócić uwagę jakie piękne, puszyste kity! Oj jak ja bym chciała, żeby tyle kotów było na naszym osiedlu! Też byśmy je z kabakiem dokarmiały! :)
A potem znów kierujemy się w stronę ostrzyc. Może dziś pogoda okaże się łaskawsza?
I jeszcze na koniec - jak to wysyłanie pocztówek do znajomych wpływa pozytywnie na odnajdywanie ciekawych miejsc :) Pewnie byśmy się nie zatrzymali w tym miasteczku. Pewnie byśmy przemknęli dalej. Ale postanowiliśmy poszukać poczty. Poczty nie znaleźliśmy, ale znaleźliśmy takowy wspaniały eksponat na jednym z podwórek! Nie wiem jaka to marka, ale blachy miała solidne, prawie na centymetr grube. Tego rdza szybko nie zje! Jeszcze nas przeżyje stojąc w tych zaroślach!
cdn












































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz