czwartek, 30 kwietnia 2026

Zaułkami Wałbrzycha (2026) - na tyłach sortowni

Betonową płytówką podążamy od hałdy Wiesław w kierunku skrzyżowania z ulicą Andersa.


Nie dość, że płyty - to jeszcze taki fajny płot obok! Podoba mi się tu bardzo :)


Wokół falują podświetlone trawy.


A z oddali coś solidnie przydymia!


Ciekawa bryła - w tym rzucie jakby kamienica zlewała się z komórkami.


Ostatnie zabudowania Białego Kamienia.


Dalej suniemy mocno koleiniastą drogą przez pola.


W oddali wyłaniają się różne dobrze nam już znane miejsca. Szyby Siostrzane.


Victoria.


Nieopodal stoi jakiś niewielki zakładzik.


Polna droga doprowadza nas do ulicy Gwarków, gdzie fragmentaryczny betonowy płot ogradza tereny dawnej kopalni.


Grunt to dobrze zabezpieczony teren. Nawet kolce u góry są! ;)


Stąd planujemy iść wzdłuż linii kolejowej, by zajść Starą Kopalnię od zadka, od strony sortowni. Nie jest to proces łatwy i dogodny - przy torach trwają remonty i są różne drobne sugestie, że węszący wędrowiec nie jest tu mile widziany ;)

Stopniowo zbliżająca się sortownia.


Miałam informacje od kilku osób, że do sortowni da się bez problemu wejść. Dopiero co oglądałam filmik jak koleś na dach się wyspinał. A tu wyrastają przed nami nowe płoty... Psia ich mać! Miało ich nie być... Wszystko wskazuje, że postawili je jakoś niedawno. No cóż... Widać nasza sortownia stała się mniej opuszczona niż kilka lat temu. Ech... znów za późno!


Widok na ciągnącą się dalej wyremontowaną część kopalni, pełniącą funkcję muzeum. Kabak nam o niej opowiada, bo była tam na wycieczce szkolnej.


Z zabawnych rzeczy - na satelitarnej mapie wypatrzyłam tu kładkę nad torami. Lubię bardzo kładki (jaka wspaniała np. była w Łaziskach!) więc od razu trafia na listę planów do odwiedzenia. Na miejscu okazuje się, że to nie do końca kładka, bo... nie ma na nią normalnych schodów! Więc raczej nie jest obiektem ogólnodostępnym, służącym do przekraczania torowiska ;)


I jeszcze - stoi na niej kukła bez głowy. Chyba ma odstraszać, sprawiając wrażenie strażnika/ochroniarza/robotnika? Rozważamy też, że jakby ktoś chciał ukryć trupa - to byłby całkiem niezły patent! Najciemniej po latarnią, nie? ;)


Wypatrzyliśmy też takowe wagoniki kopalniane.


W okolicy napotykamy też dawne betonowe klomby...

...czy miejsce ogniskowe sugerujące bliskość terenów kolejowych ;)


Malusie wagoniki.


Stąd jeszcze czeka nas dość długie deptanie do Szczawna. W zapadającym zmierzchu nie robię już zbyt wiele zdjęć, ale jakiś smaczek czasem jednak wpadnie. Trylince czy niemieckim napisom wyłażącym spod tynku - nigdy nie zdołam się oprzeć ;)


Rano przemierzamy już tylko trasę Szczawno Zdrój - Wałbrzych Miasto.

Cieszymy się fragmentem chodnika z dawnych lat.


Mural też już nie młody.


Kamienice przy ulicy Reja.


Fajne ruro-kominy!


Gdzieś przy ulicy Starachowickiej. Ktoś się fest natrudził dekorując płot! Stylówa prawie jak u nas w kiblu :)


To chyba jakiś dawny, przyzakładowy biurowiec. Budynek kojarzy mi się z jakimś miłym miejscem zapamiętanym z dzieciństwa. Już nie pamiętam gdzie, kiedy, w jakich okolicznościach. Zostało tylko ulotne mgnienie - wspomnienie czegoś radosnego, sielskiego i fascynującego zarazem. Głupio to zabrzmi, ale miałabym ochotę tu siąść na czas dłuższy i wgapić się tępo w ten budynek. Tak jakby był tu jakiś punkt ładowania dobrą energią.


Niestety nie możemy tu długo zabawić. Pociąg nie poczeka, a dobrej energii chyba nie będzie na tyle, aby nas teleportować do domu ;)

Mijamy wydmuszki fabryki porcelany.


No i dworzec. Koniec wycieczki.

Zaułkami Walbrzycha (2026) - hałda Wiesław

Czy istnieje "Korona Hałd"? Jakby co - mamy kolejnego, zacnego kandydata dla takiej listy! :)

Znajdujemy się pomiędzy dzielnicami Sobięcin a Biały Kamień. Był tu kiedyś szyb Wiesław. Teraz już go nie ma. Pozostała tylko hałda. Właśnie się do niej zbliżamy. Koleiniasta droga wiedzie przez łąki zryte przez dziki.


Coraz większy żużlowy wał prezentuje się przed dzielną ekipą. Wygląda na jednolicie stromy... Jak my tam wleziemy??


Zupełnie jak skóra słonia!


Nie trzeba jednak wdrapywać się po stromiźnie. Jest dogodna droga w górę. A nawet dwie! Hmmm... którą wybrać?


Krajobraz staje się coraz bardziej wysokogórski ;) Zaczyna się piętro żużlu - jak na wulkanach Kamczatki ;)


Rzut oka za siebie pokazuje, że już całkiem porządnie wyleźliśmy! :)


Samotność na szczytach - jedna choinka i dwóch wędrowców.


Wspomniane drzewko widziane od drugiej strony.


A nie! Jeszcze i drugi iglaczek się zasadził! Bo poza tym to głównie brzozy tu występują. One chyba najbardziej lubią taki postindustrialny teren. Uwielbiam brzozy - to chyba moje ulubione drzewo. Nic dziwnego - wyraźnie mamy coś ze sobą wspólnego, np. obszar bytowania :)


To już gdzieś na szczytach - no bo jest tu kilka takowych.


A na Chełmcu pewnie w tej chwili szaleją wściekłe tłumy. Słoneczną sobotę w końcu mamy. I co gorsza z dawno zapowiadaną ładną pogodą. Obecnie większy tłum w górach generuje dobra prognoza niż słońce na niebie o poranku ;) Dziś akurat mamy jedno i drugie... Ale na szczęście hałdy póki co nie są modne :)


Gdzieś tu, w terenach przyszczytowych, ponoć czasem występuje niewielkie jeziorko. My go nie znaleźliśmy, acz mamy pewne przypuszczenia, że to mogło być to miejsce ;)


Oprócz jeziorka można tu też znaleźć ciekawe kamienie z odciskami paprotników czy innych tam pradawnych roślin. Tak przynajmniej mówiły internety. Albo ściemniały albo my szukać nie umiemy. Pamiątek więc nie będzie.

Na skraju skarpy obwołujemy popas. Próbuję zrobić zdjęcie na samowyzwalaczu, ale mój statyw z kamieni zawala się i w ostatniej chwili ratuję aparat toczący się w dół zbocza. Toperz twierdzi, że lepiej nie powtarzać tego sukcesu. Musimy się więc zadowolić fotką z rączki. Nie przepadam za takimi, no ale wizja aparatu odwiedzającego Sobięcin szybciej niż ja - pozwala wyzbyć się uprzedzeń ;)


Jest ciepło, miło - tak niesamowicie już wiosennie, mimo że to jeszcze marzec. Nasiadówka więc przedłuża się. Z kilku dzisiejszych planów przyjdzie więc zrezygnować. Czas niestety nie jest z gumy... Coś za coś.

Cieszymy się rozległymi widokami na góry i na teren usiany wieżami kopalnianych szybów. Tych, gdzie już byliśmy i przywołują miłe wspomnienia z minionych wycieczek (Siostrzane, Chrobry, Jan) i tych, których odwiedzenie dopiero planujemy w przyszłości (Staszic, Irena).

Z oddali.


Na większych zbliżeniach.


Jest i koksownia Victoria i górująca nad nią hałda o tej samej nazwie, gdzie wygrzewaliśmy się prawie równy rok temu :) Stąd równie pięknie prezentują się dymiące i płonące kominy zakładu.


Słonko zaczyna powoli przybierać coraz cieplejsze złote barwy, co o tej porze roku niestety wiąże się z nadejściem coraz bardziej kąśliwego chłodu. Czas na nas...


Żużlowe zbocza - prawie jak gołoborza, tylko kamyczki mniejsze ;)


Oprócz brzóz mają tu też całkiem sporo modrzewi.


Nie wiem jak to się stało, ale schodząc z hałdy żeśmy pobłądzili i wypluło nas zupełnie nie z tej strony wzgórza co chcieliśmy. Trzeba było więc zawrócić, a wtedy droga nagle skończyła się w bagnie. Wygląda na to, że hałda nie chciała nas zbyt szybko wypuścić - jakby coś knuła! ;)


Tak klucząc dotarliśmy w teren biedaszybów. Niektóre wyglądały wręcz zapraszająco, a inne były całkiem porządnie zamaskowane i bez pomocy miejscowych trudno by je było znaleźć.


A to już chyba nie biedaszyb - tylko jakieś naturalne zapadlisko! Kusiło, żeby zapuścić żurawia do środka, ale jednak zwyciężyła obawa, że to się może zawalić jeszcze bardziej, gdy tam wlezie taka tłusta buba i zacznie tupać... Albo mnie co gorsza zasyśnie mnie ten grunt wyglądający na dość grząski? Jedno jest pewne - gdy próbowałam spełznąć do owej jamy, poczułam dziwny niepokój i postanowiłam go posłuchać. Toperz i kabak od samego początku obwieścili, że oni absolutnie nie są zainteresowani tą podejrzaną dziurą i poczekają na drodze.


Ale nieprawdaż, że urocza? Jeszcze nigdy takiej jamy nie widziałam! Jak to warto nieraz pobłądzić! To często sam los kieruje nas w ten sposób na właściwe ścieżki, mimo że wcześniej nie wiedzieliśmy nic o ich istnieniu.



cdn